„Jak się mówi 'oszukiwać' po katalońsku?”

- José Mourinho

niedziela, 30 września 2012

To nie musi być „sezon dwóch”

Czerwona kartka...
(fot. dagbladet.no)

Od kilku dobrych już lat w Primera Division mówi się o duopolu katalońsko-madryckim. Początek obecnego sezonu ligowego sprawia jednak, że na całą sprawę zaczynamy patrzeć pod nieco innym kątem. Ostatnio chwaliłem Atletico Madryt, teraz – po meczu z Barceloną właśnie – pokłony należą się Sevilli. Ekipy z Vicente Calderon i Ramon Sanchez Pizjuan szanse na zdobycie mistrzostwa mają oczywiście nikłe – jeśli nie powiedzieć zerowe, ale jak na razie wszystko każe sądzić, iż La Liga 2012/2013 będzie niezwykle emocjonująca.

Andaluzyjczycy od początku rozgrywek pokazują, że będą w tym sezonie mocni. Wygrana nad Realem Madryt nie była dziełem przypadku, nie była konsekwencją po prostu słabej formy „Królewskich”. Nie. Wczorajszy mecz z Barceloną potwierdził, że ekipa Michela mierzy w tym roku w najwyższe cele. Dlatego tak ciężko pogodzić się z tym, co wydarzyło się na Ramon Sanchez Pizjuan w starciu z Katalończykami. Sevilla na pewno nie zasłużyła na tę porażkę, powiem więcej – ona naprawdę zapracowała sobie na to, żeby dowieźć prowadzenie 2:1 do samego końca. Mateu Lahoz, ulubiony (dotychczas) sędzia Jose Mourinho, podarował wręcz „Blaugranie” komplet punktów. Takie zachowania jak Medela z Fabregasem nie powinny mieć oczywiście miejsca na boisku piłkarskim, ale jak można za takie coś pokazać komuś czerwoną kartkę? Najlepsze i tak jest to, że w momencie całego zajścia arbiter główny był odwrócony tyłem do całej akcji i sam nie miał prawa widzieć, co tam tak naprawdę się wydarzyło. Presja zawodników Barcelony, być może podpowiedź asystenta, coś w każdym razie sprawiło, że ten znakomity skądinąd sędzia zdecydował się osłabić znakomicie grającą w obronie Sevillę, wyrzucając z boiska równie znakomicie spisującego się Medela.

Mimo to, nawet w obliczu gry w dziesiątkę, gospodarze nie pozwalali rywalowi na zbyt wiele. Podobnie jak wcześniej „Królewskim” z Madrytu. Sevilla imponuje i to imponuje bardzo. 38-letni Andres Palop w ogóle nie daje po sobie poznać, że bliżej już mu do piłkarskiej emerytury niż do trofeum „Zamora”. A to właśnie on przed meczem z „Barcą” prowadził w tej klasyfikacji. Dziwić to jednak jakoś szczególnie nie powinno, bo Emir Spahić, stoper Andaluzyjczyków, rozgrywa równie wspaniały sezon. Świetnie gra w powietrzu, gdzie wygrywa większość piłek, nie daje się w łatwy sposób ogrywać i przez cały czas emanuje spokojem. A przecież równie dobrze radzą sobie Fazio i Botia. Ten drugi uchronił zresztą Sevillę od straty jednej z bramek we wspomnianym meczu z Barceloną, o którym mówi się sporo, bo i sytuacji do przytoczenia całe mnóstwo. Kolejna z nich to potwierdzenie, że Sevilla naprawdę ma najlepsze prawe skrzydło w Primera Division. We wcześniejszych pięciu meczach para Cicinho-Navas zachwycała całą Hiszpanię. Wczoraj miał odbyć najpoważniejszy test dla tych zawodników i został przez nich zdany celująco. Brazylijczyk może nie włączał się tak często do akcji ofensywnych, ale za to popisał się niesamowitą grą w obronie, która przez wielu uważana jest za jego najsłabszą stronę. Głęboko w pamięci utkwił również obrazek właśnie z Cicinho w roli głównej. Przy stanie 2:1, gdy gospodarze grali już w dziesiątkę, były gracz Palmeiras zatrzymał akcję Cristiana Tello, po czym wymownym gestem, zaciśnięciem pieści, dał upust swoim emocjom. Na takie obrazki aż chce się patrzyć.

I to również jest siła tej drużyny. Andaluzja to rzecz jasna jedno z najgorętszych miejsc w Hiszpanii. Na Ramon Sanchez Pizjuan zawsze panuje niesamowita atmosfera, a gdy przyjeżdżają tam największe marki, to stadion trzęsie się w posadach. Nie inaczej było wczoraj. Fani Sevilli nie umilkli praktycznie ani na moment, napędzając swoich ulubieńców. Atmosfera udzieliła się nawet Michelowi, który został odesłany na trybuny po tym, jak ostentacyjnie protestował wobec decyzji o uznaniu drugiego gola dla Barcelony. Kolejny powód do głębokiego żalu, bo ta bramka zabiła gospodarzy, którzy w efekcie musieli oddać trzy punkty rywalowi. A wielka szkoda, bo najzwyczajniej w świecie nie zasłużyli na porażkę. Kibice, którzy zdarli sobie gardła, musieli przełknąć tę gorzką pigułkę. Mogą być jednak dumni ze swojej drużyny, bo ta zagrała wielki mecz.

Na wyróżnienie bez wątpienia zasługuje większość graczy Michela. Wielkie zawody rozegrał Alvaro Negredo, który był wszędzie, wygrał chyba wszystkie starcia w powietrzu, biegał, walczył, dwoił się i troił, a do tego zdobył bramkę. Wychowanek Realu Madryt uwielbia takie mecze – mecze, w których może coś udowodnić. Niepocieszony brakiem powołania na ostatnie zgrupowanie reprezentacji w pięknym stylu odpowiedział Vicentemu del Bosque i dał mu do zrozumienia, że jeszcze nie można go skreślać. Słowa uznania należą się także Gary'emu Medelowi, który do momentu opuszczenia boiska wykonał ogrom ciężkiej pracy w środku boiska. Wspomniani Cicinho i Navas to klasa sama w sobie – to typ zawodników, którzy nie wiedzą co to zmęczenie. W bardzo dobrej formie jest także Ivan Rakitić, który przeciwko Barcelonie zanotował trzy kluczowe podania i był niezwykle aktywny w ofensywie. Nie zapominamy oczywiście o Jose Antonio Reyesie. Kiedy Hiszpan upora się już z kontuzją Michel będzie miał do dyspozycji niesamowicie wyrównaną kadrę, a wręcz problem z ustawieniem wyjściowej jedenastki. Bo za kogo miałby w tym momencie zagrać były gracz między innymi Arsenalu? Trochowski? Człowiek strzela bramki Realowi Madryt i Barcelonie. Navas? Pytanie retoryczne. To kolejny atut Sevilli w tym sezonie. Wyrównana kadra może pozwolić w końcu tej ekipie powalczyć o pierwszą czwórkę – a kto wie, może i o podium? Dotychczasowa trzecia siła La Liga z Walencji formą przecież nie imponuje.

O ile Atletico Madryt zachwycało do tej pory skutecznością, tak Sevilla imponuje swoją grą i dojrzałością. Decyzja włodarzy andaluzyjskiego klubu o pozostawieniu na stanowisku trenera Michela nie mogła być lepsza. Hiszpan przejął zespół w połowie poprzedniego sezonu, nie zdołał wywalczyć z nim prawa gry w europejskich pucharach, ale otrzymał kredyt zaufania. Po spotkaniu z Barceloną chyba nikt nie ma wątpliwości, że kredyt ten powinien w bardzo szybkim czasie spłacić. Stawianie tezy, że ten sezon wcale nie musi być „sezonem dwóch” może i jest trochę na wyrost, bo w walce o tytuł mistrzowski w dalszym ciągu najbardziej liczą się Barcelona i Real, ale głęboko tli się nadzieja, że w maju trzecia drużyna w tabeli nie będzie tracić do liderującej dwójki trzydziestu czy dwudziestu punktów. W końcu nie tak dawno, bo w sezonie 2007/08 na drugim miejscu podium uplasował się – o ironio – Villarreal... Dzisiaj już niestety w Segunda Division.  

czwartek, 27 września 2012

Real znalazł rywala do derbów


Trzynaście lat – tyle już czekają kibice Atletico Madryt na ligowy triumf przeciwko Realowi Madryt. Co roku buńczuczne zapowiedzi kończą się na tym, że po wyjściu na boisku „Królewscy” aplikują golkiperowi rywala kilka bramek i dopisują sobie trzy punkty na koncie. Swego czasu na Półwyspie Iberyjskim żartowano nawet, że Real już na starcie rozgrywek ma przewagę nad innymi drużynami, bo od razu może dopisać sobie sześć punktów za mecze z Atletico.

Kibice Realu bawili się na derbach przednio
(fot.as.com)
Coś w tym jest. Wiele jednak wskazuje na to, że w sezonie 2012/2013 możemy być świadkami historycznych wydarzeń. Atletico tak blisko marzeń o pokonaniu swojego odwiecznego rywala nie było już bardzo dawno. Nawet gdy po murawie na Vicente Calderon biegali niesamowity Kun Aguero czy równie świetny Fernando Torres, „Los Colchoneros” musieli uznawać wyższość przeciwnika. Teraz w kadrze Diego Simeone znajduje się inny wielki goleador, który z miejsca stał się idolem czerwono-białej części stolicy. Radamel Falcao już udowadnia, że nie żartował, gdy mówił, iż ma zamiar włączyć się do walki o trofeum „Pichichi” z Lionelem Messim i Cristiano Ronaldo. Kolumbijczyk po pięciu kolejkach ma na swoim koncie siedem goli – o jednego więcej niż Argentyńczyk i aż o cztery więcej od Portugalczyka. Jeśli opatrzność będzie nad nim czuwać, ten sezon może być naprawdę niezwykle ciekawy. Samym Falcao Atletico oczywiście ligi nie wygra, ale – umówmy się – bez Kolumbijczyka trudno byłoby nawiązać walkę z wielką dwójką.

Atletico ostatni raz odniosło zwycięstwo nad swoim lokalnym rywalem w sezonie 1999/2000. Słodki posmak wygranej nie trwał niestety zbyt długo, bo kilka miesięcy później „Rojiblancos”… pożegnali się z Primera Division. Przez kolejne dwa lata madrytczycy musieli zadowolić się grą na zapleczu pierwszej ligi, a gdy już do Primera wrócili, to rok w rok zbierali od Realu bęcki. Jedynie w sezonie 2006/2007 Atletico udało się dwukrotnie zremisować w stosunku 1:1. Teraz w końcu mogą jednak nadejść dobre czasy. Kibice nie powinni obawiać się o to, że Atletico powtórzy „wyczyn” sprzed trzynastu lat i pokona Real, po czym spadnie z ligi. W tym wypadku powtórką może być tylko wygranie stołecznych derbów.

Ultrasi „Królewskich” w minionym sezonie zakpili sobie ze swojego rywala. Gdy wiedzieli, że drużyna Jose Mourinho na pewno odniesie zwycięstwo (prowadziła wówczas w samej końcówce już 4:1), wywiesili za bramką transparent, na którym widniał napis: „Poszukuje się godnego rywala do przyzwoitych derbów. Powód tutaj”. Chcieli, to mają. Na początku grudnia rozegrana zostanie 14. seria gier w La Liga, w której Atletico stawi się na Santiago Bernabeu i będzie chciało pokazać, że rywal cały czas był blisko. Teraz może sprawić, że grudniowy Madryt nie dość, że nie będzie w tym roku biały od śniegu, to zmieni również – przynajmniej do spotkania rewanżowego – piłkarskie barwy. Już w poprzednim sezonie ten niesamowity Diego Simeone udowodnił, że jest w stanie zrobić z Atletico bardzo solidną drużynę. Wygrana w Lidze Europy, niesamowita forma Radamela Falcao – porządny kop do przodu. Od pierwszego meczu obecnego sezonu Simeone i jego chłopcy potwierdzają zamiary o zmianie cyklu.

Diego Simeone ma zamiar tę radość przerwać
(fot.article.wn.com)
W środowym, zaległym spotkaniu z Betisem stołecznym trochę w zwycięstwie pomógł sędzia, ale w sporcie podobno bywa tak, że szczęście sprzyja lepszym. Taką filozofię zdaje się wyznawać sam Simeone, którego nie interesują indywidualne popisy, przekładanki, ruletki, miliony podań i średnia trzech bramek na mecz (choć ta jest na razie utrzymywana, ha!). Najważniejsze są trzy punkty – jak na razie ekipa z Vicente Calderon znakomicie realizuje założenia taktyczne. Z trzynastoma punktami na koncie zajmuje bowiem drugie miejsce w lidze ze stratą tylko dwóch oczek do Barcelony. O pozostawionym dobrym wrażeniu możemy mówić jednak tylko w jednym przypadku. Chodzi o mecz 2. kolejki z Athletikiem Bilbao, który wyjechał z Calderon z czterema bramkami na koncie. Później nadszedł jednak niesamowity pojedynek z Chelsea i geniusz Falcao. Niestety, Atletico na kolejne spotkanie o punkty czekać musiało ponad dwa tygodnie. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem – czwóreczka z Rayo i kontrolujemy wynik. Aż tu nagle w ostatnich fragmentach meczu zrobiło się 4:3. Simeone nie krył niezadowolenia ze straty trzech goli w tak krótkim odstępie czasu, ale cieszył się, że na koncie klubu są kolejne punkty. Koniec końców, to one są najważniejsze.

Tak właśnie to nasze Atletico ciuła te punkciki. Ta drużyna to jednak nie tylko Falcao. Diego Simeone mógł na spokojnie podejść do tego sezonu i przygotować się najlepiej jak tylko można. Argentyńczyk nie przeprowadził wcale wielkich transferów, ale solidnie przepracował z zespołem okres przygotowawczy. W ten właśnie sposób w klasyfikacji strzelców przoduje wspomniany Falcao, a najlepszym dryblerem ligi jest Arda Turan. Atletico jest zresztą najskuteczniejszą drużyną po pięciu kolejkach, choć swojej gry na pewno nie opiera stricte na ofensywie. Próżno szukać w jego poczynaniach mozolnego konstruowania akcji i nabijania posiadania piłki. Filozofią wyznawaną przez „Cholo” jest szybka i bezpośrednia gra, bez zbędnych ceregieli. Atutem madrytczyków jest kontratak, a w tym znakomicie odnajdują się zarówno wspomniani Arda i Falcao, jak i Koke, Raul Garcia czy Diego Costa, który może w końcu ustabilizuje formę, aby kibice „Los Colchoneros” mieli z niego wiele pociechy.

Bolączką drugiej obecnie siły La Liga jest obrona. Siedem straconych goli w pięciu meczach to zdecydowanie zbyt wiele, a przecież i ta formacja nie wygląda źle. Atletico musi zrobić wszystko, by zatrzymać u siebie Thibauta Courtoisa. Młodemu Belgowi ciągle zdarzają się proste błędy, ale ten chłopak ma olbrzymi potencjał i szkoda byłoby, gdyby miał odejść do klubu, w którym nie będzie miał zapewnionych regularnych występów. Para środkowych obrońców, Joao Miranda i Diego Godin, może na nogi nie powala, ale obydwaj zawodnicy to bardzo solidni obrońcy. Zwłaszcza ten drugi w tym sezonie rozgrywa naprawdę dobre mecze. A przecież dostępu do bramki bronią także Mario Suarez i Gabi – dwaj niestrudzeni pivoci, którzy nie wiedzą co to zmęczenie. We wspomnianym, grudniowym meczu derbowym zmierzą się więc ze sobą dwie niezwykle podobne do siebie drużyny – opierające grę na szybkich kontrach i szybkich podaniach i z niesamowicie charyzmatycznymi trenerami. Coś jednak każe sądzić, że to nie będą kolejne spokojne derby dla „Królewskich”. Rywal do tej konfrontacji bez wątpienia się znalazł – teraz tylko od niego zależy, czy zagra na nosie mistrzowi Hiszpanii.

środa, 26 września 2012

Messi i „Barca” 2012

 Jak mogłeś mi nie podać David?! ”  
(fot. Goal.com)

Jakby na to nie spojrzeć, za nami chyba najnudniejsza kolejka Primera Division w tym sezonie. Tylko w jednym meczu padło więcej niż trzy bramki, a tak naprawdę żadne spotkanie nie stało na jakimś szczególnie wysokim poziomie. „Barca” wymęczyła się z Granadą, Athletic pokopał trochę z Malagą, Atletico wyczekiwało ostatniego gwizdka, a jedynym pozytywem jest debiut w La Liga Damiena Perquisa – debiut nie byle jaki.

Hitem 5. kolejki miało być starcie Athleticu z Malagą. Ci pierwsi mieli w końcu rozpocząć wchodzenie na odpowiednie tory, drudzy z kolei potwierdzić wysoką formę i odnieść kolejne niezwykle cenne zwycięstwo. Okazało się jednak, że obydwie drużyny wyszły na boisku chyba tylko po to, żeby po prostu na nie wyjść. Nudna gra, praktycznie żadnych poważnych okazji bramkowych... Athletic w dalszym ciągu dołuje, Fernando Llorente w dalszym ciągu siedzi na ławce, a Marcelo Bielsa w dalszym ciągu nie wie, jak odzyskać zespół z poprzedniego sezonu. „Los Leones” w starciu z Malagą pierwszy celny strzał na bramkę Willy'ego Caballero oddali dopiero w 81. minucie, co w pełni oddaje, jak nieciekawym widowiskiem był mecz na San Mames. Sama Malaga rozczarowała być może jeszcze bardziej. Po Athleticu i jego fatalnym początku sezonu można było spodziewać się tak nudnej dyspozycji. Andaluzyjczycy od początku tej kampanii prezentowali jednak nadzwyczaj wysoką formę – nie tylko mi chyba ciągle chodzi po głowie niedawna konfrontacja z Zenitem. W niedzielny wieczór podopieczni Manuela Pellegriniego nie zrobili absolutnie nic, aby ten mecz wygrać. Remis w pełni sprawiedliwy, ale i niesamowicie rozczarowujący.

Nie rozczarowała za to Mallorca, która jest kolejnym objawieniem tego sezonu. Ekipa Joaquina Caparrosa pokonała w miniony weekend Valencię i awansowała na drugie miejsce. Plecy ogląda jedynie Barcelonie, która po pięciu meczach ma cztery punkty więcej. Fakty są takie, że wynik rozegranego w samo południe na Balearach meczu nie powinien być zaskoczeniem. Zaskoczeniem byłaby raczej wygrana Valencii. Mallorca być może nie była faworytem w starciu z „Nietoperzami”, ale miała olbrzymie szanse na zwycięstwo – szanse te wykorzystała. Znakomita dyspozycja Victora Casadesusa i niezwykle solidna gra w obronie pozwoliły pokonać Mauricio Pellegrino i jego piłkarzy. Wyspiarze nie grają może porywającego futbolu, ale wszelkie braki nadrabiają niebywałą determinacją. Na Iberostar Estadio od zawsze wszystkim drużynom grało się niezwykle ciężko i wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie jeszcze trudniej. Mallorca prawie na pewno nie włączy się do walki o najwyższe cele, ale może stać się czarnym koniem rozgrywek, który napsuje faworytom mnóstwo krwi.

Po 5. kolejce znowu nasuwa się wniosek, że tegoroczna Barcelona to już nie ta sama Barcelona. To zrozumiałe, że Tito Vilanova próbuje do drużyny wnieść coś własnego, ale na razie wygląda to tak, jakby nie odpowiadało to zawodnikom, którzy w każdym kolejnym meczu po prostu się męczą. Z Granadą Katalończycy mieli co prawda mnóstwo sytuacji bramkowych, a goście nadzieje na remis podtrzymywali tylko dzięki cudom w bramce Tono Martineza, ale aż nadto widoczne było, że „Barca” to inna „Barca” niż rok temu. Po meczu na Camp Nou hiszpańskie media najbardziej zapamiętały intensywną wymianę zdań między Villą a Messim. Argentyńczyk również się zmienia. W sobotni wieczór zdenerwował się, bo Hiszpan raz nie podał mu piłki. Chodził jakiś taki naburmuszony, a co więcej nie zdobył bramki i nie mógł usłyszeć gromkiego „Leo, Leo”. Trochę to dziwne tak znęcać się nad „Blaugraną”, kiedy ta ma na swoim koncie komplet punktów, ale prawdziwy sprawdzian przez ekipą Vilanovy nadejdzie w ten weekend. Barcelona uda się bowiem na Ramon Sanchez Pizjuan, gdzie sztycha nie mogli zrobić zawodnicy Realu Madryt.

Mamy Polaka w Primera Division (w zasadzie dwóch, ale Dariusz Dudka na razie ogląda mecze raczej z wysokości trybun). Damien Perquis zadebiutował w miniony weekend w spotkaniu z Espanyolem i zebrał świetne recenzje. Na boisku przebywał nieco ponad połowę meczu, zmieniając kontuzjowanego Paulao. Zastąpić Brazylijczyka to nie lada wyczyn, zwłaszcza że ten dał wcześniej prowadzenie Betisowi, ale reprezentantowi Polski sztuka ta się udała. Zagrał pewnie, nie popełnił błędów i może liczyć na to, że będzie otrzymywał więcej szans od Pepe Mela. Szansa ta może nadejść już dzisiaj, bo Betis rozegra zaległy mecz z Atletico Madryt. Co do samego Atletico, to „Rojiblancos” chyba specjalnie nieco się oszczędzili w weekendowym meczu z Realem Valladolid, mając na uwadze pojedynek z „Los Beticos”. Madrytczycy zagrali dobrą pierwszą połowę, po której prowadzili 2:0, jednak po zmianie stron nie przypominali już siebie. Beniaminkowi udało się zdobyć tylko jednego gola, ale mocno nastraszył wyżej notowanego rywala. Mimo wszystko, podtrzymuję to, co już mówiłem – Atletico będzie (jest) w tym sezonie mocne.  

wtorek, 25 września 2012

Jedenastka 5. kolejki La Liga


Victor Casadesus poprowadził Mallorcę do wygranej z Valencią
(fot. supersport.com)
Za nami piąta kolejka Primera Division, w której o krok od sensacji było na Camp Nou. Barcelona, pomimo słabszego meczu, i tak ma w jedenastce kolejki jednego przedstawiciela. Oto pełna jedenastka ostatniej serii gier w lidze hiszpańskiej. 

Bramkarz: Tono Martinez (Granada)
Około pięciu minut zabrakło bramkarzowi Granady, aby stać się absolutnym bohaterem. Andaluzyjczycy dzielnie bronili się na Camp Nou do 87. minuty, wtedy jednak Xavi wyprowadził Barcelonę na prowadzenie. Wcześniej w bramce gości Tono wyczyniał prawdziwe cuda. Katalończycy oddali na jego bramkę aż jedenaście celnych strzałów.

Obrońca: Aleks Song (FC Barcelona)
Granada niby nie stwarzała sobie zbyt wielu okazji bramkowych, ale gra byłego piłkarza Arsenalu i tak zasługuje na uznanie. Song z konieczności musiał wystąpić obok Javiera Mascherano na pozycji środkowego obrońcy i z powierzonych zadań wywiązał się w stu procentach. Wygrał praktycznie wszystkie pojedynki główkowe, a do tego nieźle radził sobie z wyprowadzaniem piłki z linii obronnej.

Obrońca: Mario Alvarez (Betis Sewilla)
Pierwsza połowa w wykonaniu Alvareza do spółki z Paulao, dla którego pewnie też znalazłoby się miejsce w jedenastce, gdyby nie kontuzja, była po prostu perfekcyjna. Betis w miarę szybko wyszedł na prowadzenie, a później kontrolował przebieg spotkania. Nieoceniona była w tym rola Mario Alvareza, który świetnie trzymał w ryzach całą linię obronną.

Obrońca: Cicinho (Sevilla)
W wyjazdowym meczu Sevilli z Deportivo znakomicie funkcjonowały obydwa skrzydła, jednak to Cicinho po prawej stronie robił mnóstwo wiatru. Brazylijczyk świetnie rozumie się z Jesusem Navasem, a w poniedziałkowym meczu wręcz przyćmił Hiszpana. Brazylijczyk zaliczył asystę przy pierwszym golu Negredo i do samego końca spotkania biegał od jednego pola karnego do drugiego.

Pomocnik: Xabi Alonso (Real Madryt)
Oglądając mecz na żywo nie odniosłem wrażenia, żeby Bask grał jakiś nadzwyczajny mecz – wręcz przeciwnie, wyglądał mi nijako. Przyjrzałem się jednak statystykom, przyjrzałem powtórkom i stwierdzam, że był to najlepszy mecz byłego gracza Liverpoolu w tym sezonie. Sporo przechwytów, praktycznie brak niedokładnych podań, próby długich zagrań – wszystko to, z czego Xabiego już znamy.

Pomocnik: Xavi Hernandez (FC Barcelona)
Na wszelkie zło – Xavi. Kiedy „Barcy” nie idzie – Xavi. Reprezentant Hiszpanii pojawił się na boisku w 54. minucie, a i tak wykonał więcej celnych podań niż Cesc Fabregas, który grał przez pełne 90 minut. Jakby tego było mało, to Xavi zdobył pierwszego gola w 87. minucie, który uratował Barcelonę od dwóch oczek.

Pomocnik: Michael Krohn-Dehli (Celta Vigo)
Jest forma u duńskiego zawodnika. Tydzień temu zdobył bramkę w przegranym meczu z Valencią, teraz poprowadził już Celtę po trzy punkty. Sam na listę strzelców się nie wpisał, ale zanotował dwie asysty w wygranym 2:1 meczu z Getafe. W dodatku naharował się w środku pola, wygrał sporo pojedynków główkowych i nie popełniał prostych błędów.

Pomocnik: David Zurutuza (Real Sociedad)
Jego Real Sociedad co prawda przegrał w wyjazdowym meczu z Levante, jednak sam Zurutuza rozegrał bardzo dobry mecz. To on wyprowadził Basków na prowadzenie w 23. minucie, a później robił wszystko, aby goście ten mecz wygrali. Na murawie wytrzymał 77 minut, w trakcie których zrobił niesamowicie wiele dobrego. Dwukrotnie znakomicie dogrywał piłki kolegom, ale ci nie potrafili wpakować ich do siatki. Po jego zejściu Levante wbiło bramkę na 2:1.

Pomocnik: Angel Di Maria (Real Madryt)
Fantastyczny mecz Di Marii przeciwko Rayo. Wychodziło mu praktycznie wszystko. Począwszy od znakomitej asysty przy bramce Benzemy, po fenomenalne prostopadłe podania, aż do uderzeń – szkoda, że po jednej z kontr „El Fideo” jeszcze bardziej nie zakręcił piłki, by ta wpadła do siatki. Forma wróciła, teraz trzeba ją utrzymać.

Napastnik: Victor Casadesus (RCD Mallorca)
Nikogo nie powinien dziwić wynik meczu Mallorki z Valencią. Wyspiarze byli drużyną zdecydowanie lepszą, a główną rolę odegrał właśnie Victor. Najpierw sam wpisał się na listę strzelców, a później asystował przy trafieniu Javiera Arizmendiego. Przeżywająca wspaniałe chwile Mallorca utrzymuje się w czubie tabeli i jeśli najlepsi gracze dalej będą w takiej dyspozycji, taki stan rzeczy może się utrzymać.

Napastnik: Alvaro Negredo (Sevilla)
Wychowanek Realu Madryt może nie rozegrał w A Corunii wielkiego meczu, ale zrobił to, co do niego należało. Nękał bramkarza rywali i w końcu strzelił upragnionego gola. Na bramkę Aranzubii uderzał pięć razy, z czego dwukrotnie celnie. Oprócz tego pokazywał się do gry swoim partnerom i starał się być aktywny. Najważniejszy jest jednak gol.  


piątek, 21 września 2012

Malaga potwierdzi wysoką formę?


Po spotkaniach w fazach grupowych Ligi Europy i Ligi Mistrzów kurz już opadł. Przyszedł czas wrócić na ligowe boiska. W Hiszpanii najciekawiej zapowiada się pojedynek Athleticu Bilbao z Malagą. Trudna przeprawa w Vallecas czeka ponadto Real Madryt.


FC Barcelona – Granada 


Javier Saviola świetnie wpasował się w drużynę Malagi
 (fot. Goal.com)
Sporo problemów przed pojedynkiem z Grenadą ma Tito Vilanova, który powróci sobotniego wieczora na ławkę trenerską po dwóch meczach absencji spowodowanej zawieszeniem. Hiszpański trener nie będzie mógł skorzystać z kontuzjowanych Abidala, Muniesy, Cuenki, Iniesty, Puyola i Pique. Brak tej ostatniej dwójki to największa  bolączka Vilanovy. Urazy dwójki hiszpańskich stoperów sprawiają, że jedynym nominalnym środkowym obrońcą jest Marc Bartra. W meczu Ligi Mistrzów ze Spartakiem Moskwa, po opuszczeniu boiska przez Pique, partnerem Javiera Mascherano na środku bloku defensywnego był Aleks Song. Jest wielce prawdopodobne, że to właśnie ta dwójka zagra ze sobą także w sobotnim starciu ligowym. W porównaniu do starcia z rosyjską drużyną, Vilanova zdecyduje się najprawdopodobniej jeszcze na dwie zmiany. Miejsce Adriano na lewej stronie obrony zajmie Jordi Alba, a w miejsce Cesca Fabregasa wystąpi Thiago Alcantara. Nieco mniej problemów ma trener Juan Antonio Anquela. Niedostępni są co prawda Yebda, Ighalo, Roberto czy Fran Rico, jednak żaden z nich nie miał jeszcze możliwości gry w tym sezonie. Oprócz nich na Camp Nou nie zobaczymy także Daniego Beniteza i Manuela Luceny. Czy Andaluzyjczycy mają w ogóle w Katalonii jakiekolwiek szanse? Wydaje się to mało prawdopodobne. Po czterech rozegranych kolejkach drużyna z Nuevo Los Carmenes zajmuje dopiero osiemnaste miejsce z dwoma punktami na koncie. W ostatniej kolejce zremisowała 1:1 przed własną publicznością z Deportivo, a wcześniej przegrała 0:3 na Estadio Santiago Bernabeu, pomimo faktu, że Real Madryt nie rozegrał wówczas zbyt porywającego meczu.

Mallorca – Valencia 
W samo niedzielne południe na Baleary przyjedzie Valencia, która nie przechodzi przez najlepsze chwile. Drużyna Mauricio Pellegrino nie zaliczyła zbyt udanego startu w lidze, choć trzeba zaznaczyć, że zdążyła już rozegrać wyjazdowe mecze z Realem Madryt i Barceloną. W minioną środę „Nietoperze” przegrały 1:2 na Allianz Arena w meczu 1. kolejki Ligi Mistrzów. Trener Pellegrino po ostatnim gwizdku sędziego powiedział: – Za bardzo przestraszyliśmy się tego meczu, który nie był dla nas zbyt dobry. Argentyńczyk dodawał, że jego zespół ma jeszcze przed sobą sporo pracy, ale dostrzega sporo pozytywów. W niedzielę Valencię czeka kolejny trudny mecz. Na Iberostar Estadi każdej drużynie zawsze gra się bardzo ciężko, a w tym momencie „Los Barallets” wydają się być w naprawdę niezłej formie. Z ośmioma punktami na koncie zajmują bowiem trzecie miejsce w ligowej tabeli – Valencia jest jedenasta. Na Majorkę Mauricio Pellegrino nie będzie mógł zagrać kilku kluczowych, kontuzjowanych piłkarzy. Swoje urazy ciągle leczą Canales, Albelda, Banega i Piatti. Jest jednak wielce możliwe, że powołania na to spotkanie nie otrzymają także Fernando Gago i Jeremy Mathieu, którzy nie mogli zagrać między innymi we wspomnianym meczu z Bayernem Monachium. Jeśli chodzi o gospodarzy, to Joaquin Caparros nie będzie mógł wstawić do wyjściowego składu kontuzjowanego Giovaniego dos Santosa i zawieszonego za czerwoną kartkę Jose Carlosa Nunesa. Pod znakiem zapytania stoi również występ Alvaro. Mimo tych absencji miejscowi bez wątpienia są w stanie ugrać z „Los Ches” nawet komplet punktów. Do zrealizowania tego celu bez wątpienia przydatna będzie forma Tomer Hemed, który ma na swoim koncie już cztery trafienia.

Atletico Madryt – Real Valladolid 
Czy to nareszcie będzie sezon Atletico Madryt? Wiele na to wskazuje. Drużyna Diego Simeone prezentuje naprawdę dobrą formą, a najważniejsi zawodnicy, jak Arda Turan czy Radamel Falcao, są w znakomitych dyspozycjach. W miniony weekend „Rojiblancos” najedli się co prawda strachu, gdy od stanu 4:0 Rayo Vallecano zdołało podnieść się z kolan i w ostatnich dziesięciu minutach trzykrotnie pokonać Thibauta Courtoisa. W środku tygodnia madrytczycy nie dali już jednak szans Hapoelowi Tel Awiw w meczu 1. kolejki fazy grupowej Ligi Europy. Nawet bez wspomnianych Falcao i Ardy Atletico nie miało żadnych problemów z pokonaniem swojego rywala aż 3:0. W niedzielny wczesny wieczór Atletico podejmie na własnym stadionie Real Valladolid, które na Vicente Calderon raczej nie będzie miało zbyt wielkich szans, pomimo faktu, że w ligowej tabeli pomiędzy obydwoma zespołami jest zaledwie cztery miejsca różnicy. Co ciekawe, trener Miroslav Djukić w czterech spotkaniach obecnego sezonu dokonał tylko jednej zmiany w wyjściowym składzie. Zmiany, co jeszcze ciekawsze, wymuszonej. Przeciwko Athletikowi Bilbao nie mógł bowiem wystąpić Mikel Balenziaga. W składzie Atletico, w porównaniu do meczu z Hapoelem, dojdzie do kilku zmian. Przeciwko izraelskiemu zespołowi nie grali Filipe Luis, Diego Godin, Gabi, Arda, i Falcao, ale wszyscy mają wybiec przeciwko Valladolid w pierwszym składzie. Simeone skorzysta więc po raz kolejny z systemu z dwoma atakującymi, który w obecnych rozgrywkach spisywał się wręcz rewelacyjnie. Falcao i spółka powinni w niedzielę dać wiele powodów do zadowolenia swoim kibicom, ponieważ niewyobrażalne jest to, aby beniaminek La Liga miał urwać na Calderon choćby jeden punkt.

Athletic Bilbao – Malaga 
Zdecydowany hit 5. kolejki Primera  Division. Obydwie ekipy podejdą jednak do niedzielnego meczu w całkowicie odmiennych nastrojach. Athletic po perturbacjach na początku sezonu, zaczął ostatnimi czasy prezentować wyższą formę, a w dodatku do gry powrócił Fernando Llorente. Ale w miniony czwartek Baskowie dali olbrzymią plamę, zaledwie remisując na własnym stadionie z Ironi Kirjat Szmona, które przez wszystkich było skazywane na pożarcie. Malaga z kolei mnóstwo problemów miała przed rozpoczęciem sezonu, jednak Manuel Pellegrini w porę zareagował i sprawił, że Andaluzyjczycy grają jak prawdziwa drużyna. „Los Boquerones” po czterech kolejkach ustępują w lidze zaledwie Barcelonie, a do tego świetnie spisują się w Lidze Mistrzów. Najpierw w IV rundzie kwalifikacji odprawili z kwitkiem Panathinaikos, a ostatnio ośmieszyli wręcz Zenit Sankt Petersburg, któremu na La Rosaleda wbili aż trzy bramki, nie tracąc przy tym ani jednej. Andaluzyjczycy przyjadą na San Mames praktycznie w najsilniejszym składzie. Ciągle kontuzjowany jest oczywiście Julio Baptista, ale jest możliwe, że na czas zdążą wykurować się Jeremy Toulalan i Seba Fernandez. Marcelo Bielsa będzie musiał z kolei poradzić sobie bez kontuzjowanych Andera Herrery i Jona Aurtenetxe. Ciągle nie wiadomo ponadto, czy wykurować na mecz z Malagą zdąży się Inigo Perez. Tak czy owak, ciężko w ekipie gospodarzy upatrywać faworyta spotkania. Przemawia za nimi bez wątpienia atut własnego boiska, ale skoro urwać punkty na San Mames zdołał wspomniany Ironi Kirjat Szmona, to trzeba się zastanowić, czy San Mames to ciągle tak trudna do zdobycia hiszpańska twierdza.

Rayo Vallecano – Real Madryt
Real Madryt po bardzo dobrym spotkaniu w Lidze Mistrzów wraca na ligowe boiska z wielkimi nadziejami. Podopieczni Jose Mourinho w końcu muszą zagrać na miarę oczekiwań, dlatego portugalski trener ma dokonać w pierwszym składzie kilku zmian. W porównaniu do meczu Ligi Mistrzów od pierwszej minuty wybiegnie Sergio Ramos, którego we wtorek zastąpił Raphael Varane. Miejsce Gonzalo Higuaina na pozycji najbardziej wysuniętego zawodnika zajmie Karim Benzema. Do pierwszego składu wróci również najprawdopodobniej Mesut Oezil, choć nie wiadomo, czy Mourinho nie zdecyduje się przypadkiem na ponowne wykorzystanie ustawienia z trójką z defensywnych pomocników – pisały o tym hiszpańskie dzienniki. Portugalczyk ma do dyspozycji praktycznie wszystkich swoich graczy i może próbować przeróżnych ustawień. Z powodu zawieszenia nie będzie mógł zagrać jedynie Fabio Coentrao. Paco Jemez jest w jeszcze lepszej sytuacji, bo żaden z jego piłkarzy nie jest ani zawieszony, ani kontuzjowany. Hiszpan ma jednak sporo do przemyślenia po wspomnianym już meczu ostatniej kolejki przeciwko Atletico Madryt. Przed ostatnim niedzielnym meczem Rayo może mieć jednak dobre przeczucia. Nie dość, że ligowy sezon rozpoczęło naprawdę udanie i zajmuje obecnie szóste miejsce, to „Królewskim” na Estadio de Vallecas gra się naprawdę ciężko. Najlepszym tego potwierdzeniem jest mecz z poprzedniego sezonu, w którym tylko geniusz Cristiano Ronaldo uchronił Real od braku zwycięstwa. Co ciekawe, podobnie jak w zeszłotygodniowym meczu z Sevillą, „Los Blancos” zagrają w swoim trzecim komplecie strojów w kolorze zielonym.

czwartek, 20 września 2012

Podsumowanie 1. kolejki Ligi Mistrzów


Jedno z piękniejszych ujęć z meczu Realu Madryt z Manchesterem City
(fot. craveonline.com)
Dziwna sprawa. Real Madryt, grając najbardziej porywający mecz od dawien dawna, pokonuje mistrza Anglii po niezwykłej „remontadzie” i jest to określane w hiszpańskiej – przede wszystkim rzecz jasna w mojej ulubionej, katalońskiej – prasie, jako zwycięstwo szczęśliwe, wyszarpane w samej końcówce. A szanowny pan były wiceprezes Barcelony, którego nazwiska nie chcę nawet wypowiadać, nazywa Jose Mourinho „psychopatą”. Jak już wspominałem – Portugalczykowi nie można cieszyć się z bramek.

Teraz oczywiście najlepsze. Ta sama hiszpańska prasa, na czele z katalońską, rozpisuje się dzisiaj o „heroicznej remontadzie” Barcelony i wychwala drużynę Tito Vilanovy pod niebiosa. Jeżeli pokonanie 3:2 Spartaka Moskwa jest większym wyczynem od wygranej z Manchesterem City, to ja powinienem chyba zaprzestać oglądania meczów. Ja rozumiem, że komuś jest przykro, że „Królewskim” udało się wydrzeć w stu procentach zasłużone zwycięstwo, dzięki bramkom w ostatnich minutach, naprawdę rozumiem. Nie rozumiem jednak porównywania tego do wyczynu Barcelony.

Ale skoro zabawa w porównania trwa w najlepsze, to porównajmy. Real Madryt w starciu z Manchesterem City oddał na bramkę Joe Harta 35 (słownie: trzydzieści pięć) strzałów. Dwanaście z nich było strzałami celnymi. „The Citizens” odpowiedzieli dziesięcioma uderzeniami (trzy celne). Barcelona na bramkę Spartaka strzelała 18-krotnie i 6 trafiała w jej światło. Każdą statystykę można rzecz jasna podważyć, ale jak można podważyć, że Real nie wygrał meczu z Manchesterem zasłużenie i że było to czyste szczęście? Przecież każdy widział, że przez większą część spotkania „Obywatele” rozpaczliwie się bronili. 

Dość już jednak osobistych madrycko-katalońskich wycieczek, bo w 1. kolejce Ligi Mistrzów działo się naprawdę wiele dobrego, bardzo dobrego. Paris-Saint Germain już w pierwszym meczu pokazało, że nie ma zamiaru dzielić losu Manchesteru City z poprzedniego sezonu i pokonało u siebie Dynamo Kijów 4:1. Z dobrej strony pokazali się ci, na których w Paryżu liczy się najbardziej – Javier Pastore i Zlatan Ibrahimović. Arsenal Londyn i Schalke 04 udowodniły z kolei, że to znowu nie będzie łatwy sezon. Obydwie ekipy wygrały co prawda na wyjazdach po 2:1, ale ich gra mogła pozostawiać wiele do życzenia.

W dalszym ciągu zaskakuje za to Malaga, która powstała, jak feniks z popiołów. Wydawało się, że Andaluzyjczycy będą bić się w lidze o miejsca w środku stawki, a w Lidze Mistrzów przyglądać się innym zespołom. A tu masz – w lidze drugie miejsce tuż za plecami Barcelony, a w Champions League pokazanie miejsca w szeregu Zenitowi. „Los Boquerones” zaliczyli kolejny fantastyczny występ na europejskiej arenie. Przypomnę, że w IV rundzie kwalifikacji drużyna Manuela Pellegriniego nie dała na własnym stadionie żadnych szans Panathinaikosowi. Podobnie było i teraz. Szalony Isco poprowadził swoją drużynę do efektownego zwycięstwa i o dwie klasy przewyższył kupionego do Zenitu za grube miliony Hulka. Oby tak dalej!

Nie można również nie wspomnieć o meczu, który zapewne wszyscy widzieli, czyli pojedynku Chelsea z Juventusem Turyn. Sam mecz stał na bardzo wysokim poziomie, a co najważniejsze był okraszony cudownymi bramkami. Nasuwa się jednak pewna analogia, co do półfinału Realu Madryt z Bayernem. Londyńczycy, podobnie jak madrytczycy, po świetnym początku nieco spuścili z tonu i wszystko skończyło się, jak się skończyło. Szczególne słowa uznania należą się Arturo Vidalowi, który pokazał swój niesamowity charakter. Chilijczyk nabawił się urazu jeszcze w pierwszej połowie. Dotrwał jednak do końca, co już było wielkim osiągnięciem. Wiadomo jak to jest w przerwie. Adrenalina opada, zaczyna się odczuwać zmęczenie i ból. Vidal jednak nie dość, że wyszedł na drugą odsłonę, nie dość, że wytrzymał do ostatniego gwizdka, to jeszcze strzelił pięknego gola, który poderwał cały Juventus. Przy oddawaniu strzału na jego twarzy znowu pojawił się grymas bólu, ale on nic sobie z tego nie zrobił. Klasa.

Warto jeszcze wspomnieć o dwóch wydarzeniach. Mianowicie o sensacyjnej porażce Bragi z rumuńskim CFR Cluj, a także pewnym niezwykłym ormiańskim pomocniku. O obydwu sytuacjach była już zresztą mowa przy okazji jedenastki 1. kolejki Ligi Mistrzów. Tak więc Cluj i jego niesamowity wręcz portugalski bramkarz, Mario Felgeuiras, który poprowadził swoją drużynę do fantastycznego zwycięstwa. Bramki oczywiście zdobył brazylijski napastnik Rafael Bastos, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie wspomniany Felgeuiras. Golkiper ten grał prawie, jak u siebie, bo na portugalskiej ziemi i znakomicie to wykorzystał. Ale czy Cluj może sprawić w grupie H jakąś niespodziankę? Kto wie, kto wie. Manchester United wcale wielkiego meczu przeciwko Galatasaray nie zagrał, a przecież wszyscy lubimy niespodzianki. A, no i jeszcze ten Mchitarjan, bo to on jest tym niezwykłym ormiańskim pomocnikiem. Warto się temu chłopakowi przyglądać. Dwanaście bramek w dziewięciu meczach ligi ukraińskiej i dwa trafienia na otwarcie Ligi Mistrzów. Wynik godny pozazdroszczenia. Teraz trzeba liczyć jeszcze na to, że do poziomu Mchitarjana dostosuje się reszta drużyny Szachtara i może być ciekawie.  

Jedenastka 1. kolejki Ligi Mistrzów

Di Maria w końcu zagrał na miarę oczekiwań
 (fot. Football411.com)

Za nami pierwsza kolejka piłkarskiej Ligi Mistrzów. Długo czekaliśmy, ale było warto. Spotkania, które miały być spektaklami, nie rozczarowały. Oto najlepsza jedenastka pierwszej kolejki Champions League. 

Bramkarz: Mario Felgeuiras (CFR Cluj)
To, co portugalski bramkarz rumuńskiego klubu z Kluż wyczyniał bramkę, było po prostu niebywałe. Zawodnicy Sportingu Braga oddali na jego bramkę aż dziesięć celnych strzałów, ale ani razu nie byli w stanie go pokonać. To głównie dzięki niemu Cluj zdołało wygrać na niesamowicie trudnym terenie 2:0. Sam Felgeuiras czuł się tam, jak u siebie w domu.

Obrońca: Maksim Bordaczow (BATE Borysów)
Zgodnie z przedmeczowymi prognozami, BATE narobiło francuskiemu Lille mnóstwa problemów. Były klub Ludovica Obraniaka nie miał absolutnie nic do powiedzenia przeciwko Białorusinom, w drużynie których nieprzecenione role odegrali boczni obrońcy. Maksim Bordaczow, ustawiony po lewej stronie, wyróżniał się szczególnie, a mecz zakończył z jedną asystą na koncie.

Obrońca: Raphael Varane (Real Madryt)
Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności umieszczenia w jedenastce kolejki francuskiego stopera. Jose Mourinho zaskoczył absolutnie wszystkich, wystawiając 19-latka od pierwszej minuty, a ten odwdzięczył się mu znakomitą grą. Europejskie media sporo miejsca poświęciły właśnie grze Varane'a, który wyglądał na boisku jak profesor.

Obrońca: Benedikt Howedes (Schalke 04)
Znakomity mecz w wykonaniu niemieckiego obrońcy przeciwko Olympiakosowi. Howedes był nieustępliwy, często włączał się w akcje ofensywne, a co najważniejsze zdobył pierwszego gola w meczu. Wygrał wszystkie pojedynki główkowe, wykonał cztery udane wślizgi, a jakby tego było mało, uchronił swoją drużynę od straty bramki, wybijając piłkę, pewnie zmierzającą do siatki.

Pomocnik: Angel Di Maria (Real Madryt)
Po dłuższym namyśle, to Argentyńczyk wygrał rywalizację z Cristiano Ronaldo o miejsce w jedenastce kolejki. Portugalczyk co prawda zdobył zwycięskiego gola, ale nie pracował na boisku tak mocno, jak były skrzydłowy Benfiki Lizbona. Poza tym Di Maria zakończył mecz z dwoma asystami na koncie.

Pomocnik: Claudio Marchisio (Juventus Turyn)
Ten, kto oglądał środowy mecz z Chelsea, wie dlaczego w jedenastce znalazł się właśnie Marchisio. Reprezentant Włoch był na boisku absolutnie wszędzie. Sam znajdował się w sytuacjach strzeleckich, efektownie podawał i dryblował. Mecz zakończył z dwoma asystami na koncie.

Pomocnik: Oscar (Chelsea Londyn)
Dwie fantastyczne bramki w wykonaniu Brazylijczyka. Na drugą chce się patrzeć godzinami. Do tego niesamowita aktywność i przebojowość. To on do spółki z Hazardem nakręcali akcje Chelsea Londyn. 32 miliony euro zaczynają się spłacać.

Pomocnik: Yaya Toure (Manchester City)
Pomimo faktu, że Manchester na Bernabeu przegrał i przez większość meczu był tylko tłem dla Realu, Yaya Toure zagrał fantastyczne zawody – nie pierwsze i nie ostatnie. Silny jak tur reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej przebijał się przez zasieki obronne „Królewskich” z zadziwiającą łatwością. Po jednej z szarż zanotował asystę przy golu Dzeko, a później sam był bliski pokonania Ikera Casillasa.

Pomocnik: Henrich Mchitarjan (Szachtar Donieck)
Ten człowiek to jest dopiero niesamowity. Szachtarowi długo nie szło w starciu z niżej notowanym Nordsjaelland, ale od czego ma się Mchitarjana? Ormianin zdobył obydwie bramki w wygranym 2:0 meczu i potwierdził swoją wyborną wręcz formę. Warto dodać, że ten pomocnik zdobył już dwanaście goli w lidze ukraińskiej w zaledwie dziewięciu meczach.

Napastnik: Isco (Malaga)
Ośmieszony Zenit nie miał żadnego pomysłu na grę przeciwko Maladze. Rosyjscy defensorzy gubili się, kiedy Isco zabierał się za ofensywne szarże. Hiszpan sprawił, że zapomniano, iż w drużynie Zenitu jest ktoś taki jak Hulk. Gwiazda andaluzyjskiego klubu zdobyła dwie bramki w wygranym 3:0 meczu i pewnie poprowadziła swoją ekipę do zwycięstwa.

Napastnik: Lionel Messi (FC Barcelona)
Po raz kolejny Argentyńczyk ratuje swoją drużynę. Kiedy wydawało się, że na Camp Nou dojdzie do olbrzymiej sensacji, zareagował właśnie Leo. Zdobywca Złotej Piłki zdobył dwie bramki, które zapewniły Katalończykom zwycięstwo 3:2. „Atomowa pchła” oddała w sumie aż siedem uderzeń na bramkę Spartaka, z czego trzy były celne.  


Mały wielki człowiek


Dawid Zapisek podczas spotkania z Ikerem Casillasem
(fot. Facebook.com/DawidZapisek)
Pamiętacie Dawida Zapiska? 14-letniego kibica piłkarskiego z Gdańska? Od urodzenia chorował na rdzeniowy zanik mięśni typu pierwszego. No właśnie, chorował. Ten mały wielki człowiek we wtorek o 09:55 odszedł z tego świata. Nie doczekał wieczornego starcia Realu Madryt z Manchesterem City.

Dlaczego o nim piszemy? O Dawidzie zrobiło się głośno przy okazji Euro 2012 rozgrywanego w Polsce i na Ukrainie. Największym marzeniem Dawida było spotkać się z kapitanem reprezentacji Hiszpanii i Realu Madryt, Ikerem Casillasem. To właśnie tym drużynom, obok Lechii Gdańsk, 14-latek najmocniej kibicował. Casillas był z kolei dla niego wielkim idolem i wzorem sportowca, o czym sam niejednokrotnie mówił.

Chłopiec nie miał zamiaru poddawać się w walce z chorobą. Siła i wytrwałość pozwalały mu spotykać się z wieloma wybitnymi piłkarzami. Raz udał się nawet do Madrytu z olbrzymią nadzieją na spotkanie ze swoim idolem. Niestety pech chciał, że Casillasa zabrakło w ten dzień w ośrodku treningowym „Królewskich”. Dawid porozmawiał co prawda z Jose Mourinho, Xabim Alonso czy Cristiano Ronaldo, ale największe marzenie pozostało niespełnione. Iker oczywiście dowiedział się o małym wielkim przybyszu z Polski i w końcu spełnił jego sen.

Iker i Dawid spotkali się w Gniewinie, w mieście położonym 70 kilometrów od Gdańska. To właśnie tam swój obóz na Euro 2012 miała reprezentacja Hiszpanii. Co ciekawe, Dawid nie potrzebował do rozmowy tłumacza. Jak mówiła jego mama Sylwia, sam rozpoczął naukę hiszpańskiego i samodzielnie odbył rozmowę ze swoim idolem. Stojąca obok nich tłumaczka wręcz oniemiała. Nic dziwnego. Gdańszczanin swoją historią urzekł serca absolutnie wszystkich. Jego chorobę zdiagnozowano, gdy miał półtora roku. Lekarze wyrokowali, że przeżyje jeszcze około trzech lat. On się jednak nie poddawał. Odszedł z tego świata dopiero po ukończeniu czternastego roku życia.

Odszedł spełniwszy wcześniej swoje wielkie marzenie. Zamienił kilka słów z Casillasem, otrzymał od niego koszulkę z autografem, finałowy mecz Euro 2012 z Włochami oglądał z wysokości trybun i widział jak jego idol podnosi w górę zwycięski puchar. Po rozmowie z Casillasem powiedział tylko jedno krótkie zdanie: – Teraz już mogę umrzeć w spokoju. Nie doczekał niestety inauguracji sezonu Ligi Mistrzów 2012/2013. Na Estadio Santiago Bernabeu Real pokonał 3:2 Manchester City i z wydarzeniami z tego meczu znowu związana jest historia Dawida i Ikera.

Hiszpańscy dziennikarze bardzo szybko podchwycili, iż kapitan „Królewskich” nie celebrował żadnej z bramek tego wieczoru. Na ujęciach z tego spotkania widać, iż Iker pozostaje niewzruszony nawet w momencie trzeciego gola, kiedy cały stadion trzęsie się posadach. Dziennik „Marca” nazajutrz opublikował artykuł, w którym wyjaśniał przyczyny takiej reakcji hiszpańskiego bramkarza. Casillas miał w ten sposób oddać hołd 14-letniemu Dawidowi, ponieważ doskonale wiedział o jego śmierci. Za pośrednictwem Facebooka przesłał kondolencje rodzinie i przyjaciołom małego wielkiego człowieka. – Szczere kondolencje dla rodziny Dawida, spoczywaj w pokoju, przyjacielu.

środa, 19 września 2012

Trzecia połowa: Mourinho ma drużynę



Wróciła! Nasza ukochana drużyna wróciła! Mourinho miał rację, mówiąc po meczu z Sevillą, że jej nie miał. W spotkaniu z Manchesterem City jeden walczył za wszystkich, a wszyscy za jednego. Tego w tej ekipie trzeba było, takiego meczu, takiej remontady, takiej reakcji kibiców, takiego wieczoru!

Zapewne nie tylko ja rozdziawiłem usta, gdy zobaczyłem, jaki skład desygnował Mourinho. Gdyby Portugalczyk wiedział, że równie mocno zadziwi Roberto Mancini, zapewne posłałby do boju przynajmniej jednego kreatywnego środkowego pomocnika – najpewniej Modricia. Stało się, jak się stało. Stłamsiliśmy Manchester od pierwszej minuty, ale cierpieliśmy z powodu braku piłkarza, który potrafiłby rozruszać formacje „The Citizens” i wepchnąć jedną czy dwie prostopadłe piłki. Zwycięzców się jednak nie sądzi, a nie można powiedzieć, że Real grał w ustawieniu z trójka „pivotów” defensywnie. Wprost przeciwnie, zagrał tak bardzo ofensywnie, że aż byłem zdziwiony.

Mourinho jest chyba największym zwycięzcą wtorkowego starcia. Nie dość, że jego drużyna pokazała galaktyczny futbol, to jeszcze wygrała po „remontadzie”, którą madridismo tak bardzo kocha. Kocha również ekstrawagancki i nonszalancki styl bycia portugalskiego trenera, dlatego widok niszczonego garnituru od Hugo Bossa czy innego Armaniego bez wątpienia przypadł wszystkim do gustu. Nie obyło się rzecz jasna od „przyjaciół” dziennikarzy, którzy zachowanie „The Special One” określili jako dziecinne. Bo przecież kimże jest Mourinho, żeby cieszyć się z bramki na 3:2 zdobytej w 90. minucie w meczu z mistrzem Anglii?

Varane. Nie mogę odmówić sobie akapitu o tym chłopaku. Denerwowałem się, kiedy to Raul Albiol zajmował miejsce Pepego, gdy ten doznał kontuzji. Ale dobra, Hiszpan też potrzebuje gry. Varane ciągle jest młody, niedoświadczony. Przeciwko Manchesterowi pokazał jednak całkowicie coś innego. Tak pewnego występu nikt się nie spodziewał – on sam w ogóle nie spodziewał się, że zagra, a zapewne myślał, że może nie załapać się nawet do meczowej osiemnastki. A tu taka historia. Francuz zagrał perfekcyjny mecz, tylko tak można go określić. Carlos Tevez nie wiedział jak się nazywa. City nie przeprowadzało rzecz jasna zbyt wielu ofensywnych akcji, ale jeśli już takie się zdarzały, to w 99% Varane wychodził z nich obronną ręką. Mourinho wiedział co robi.

O takim meczu można pisać i pisać, rozmyślać i rozmyślać. Najważniejsze jest jednak to, że na boisko nie wyszło jedenastu piłkarzy, ale zwarta grupa, gotowa oddać za siebie życie. Hiszpańskie dzienniki oczywiście doszukają się drugiego dna i wstawiają między innymi filmik, na którym pokazana jest reakcja, a raczej jej brak, Ikera Casillasa na bramkę Ronaldo. Iker jakby zamarł, nie wykonał żadnego ruchu. Wkrótce możemy więc spodziewać się teorii spiskowych kolegów z „Mundo Deportivo” czy „Sportu”, iż kapitan jest obrażony na całą drużynę i wkurzony, że Real musiał tak się męczyć w takim meczu. Cóż, takie męczarnie to ja mogę oglądać codziennie, a dziennikarze niech sobie piszą – ważne, że po takim meczu „Królewscy” po prostu muszą wrócić na właściwe tory.