„Jak się mówi 'oszukiwać' po katalońsku?”

- José Mourinho

piątek, 30 września 2011

Nadzieja w Maladze

Coraz to więcej arabskich szejków, czy też posiadaczy wielomilionowych fortun, z niewiedzy, co też z taką kasą można zrobić, kupuje sobie jakiś klub i próbuje walczyć z nim o najwyższe cele. Petrodolary stają się ważną częścią futbolowego światka. Michel Platini zarzuca tymczasem Realowi Madryt psucie rynku transferowego, nie zwracając uwagi na to, co wyprawiają chociażby Chelsea Londyn i Manchester City. 

Angielski futbol bez wątpienia jest jednym z najpiękniejszych na świecie, mecze Premier League ogląda się z uwagą i radością, i bynajmniej nie jest to nowość. Rewolucje w 2003 roku rozpoczął Roman Abramowicz, który zamarzył sobie poprowadzić jedną z drużyn w najwyższej klasie rozgrywkowej na Wyspach Brytyjskich. Padło na londyńską Chelsea - w ruch poszły setki milionów funtów i drużyna powoli zaczynała nabierać kształtów. Teraz jest jedną z głównych sił angielskiej Premiership. 

Pięć lat później na brytyjską scenę wkroczył Mansour bin Zayed, który, można powiedzieć, ukrywał się ze swoimi ambicjami aż do zeszłego roku. The Citizens dopiero wkraczają do angielskiej elity, jednak transfery poczynione przez klub przed tym sezonem muszą robić wrażenie. Powstaje tylko jedno pytanie - czy tego wszystkiego nie jest za wiele? 

Kolejnym panem, którego chciałbym przedstawić, a jednocześnie skupić się na nim na dłuższy czas, jest katarski szejk Abdullah Bin Naser Al-Thani, który w czerwcu ubiegłego roku został właścicielem hiszpańskiej Malagi. Transakcja przejęcia klubu zamknęła się w kwocie 36 milionów euro. Al-Thani dał sobie rok na rozeznanie się na piłkarskim rynku i latem tego roku zaczął budować drużynę, która ma zamieszać w Primera Division. 

Broń Boże nie mam zamiaru porównywać potencjałów angielskiej dwójki i hiszpańskiego, powiedzmy sobie szczerze, przeciętniaka. Jednak na pierwszy rzut oka widać, że właściciel Malagi chce robić, i robi, interesy z głową. Przez całe lato huczało aż od nazwisk piłkarzy, wiązanych z transferem na City of Manchester Stadium. Javier Pastore, Alexis Sanchez, Neymar - to ledwie garstka celów transferowych, a przecież żaden z nich do Manchesteru nie trafił. Przybyli za to Kun Agüero czy Samir Nasri, dołączając do takich tuz jak David Silva, Carlos Tévez czy Edin Džeko. Wyglądało to tak, jakby The Citizens na chybił-trafił wybierali gracza, o którego będą walczyć. Jeśli próba wykupienia go się nie udawała, zarzucali sieci na kogoś innego. 

Londyńska Chelsea to historia już dużo dłuższa, ale podobna do opisanej wyżej. Roman Abramowicz chce - Roman Abramowicz ma, tak to mniej więcej wyglądało w ostatnich latach. Niewielu jest w tej chwili piłkarzy, których The Blues nie mogli by sobie kupić. Rosyjski multimiliarder jakiś czas temu poszedł jednak po rozum do głowy i zaczyna myśleć na chłodno. Wszystko wydaje się być bardziej przemyślane i poniekąd przynosi efekty. Nie można zarzucać Abramowiczowi braku efektywności. Dość powiedzieć, że przed jego przybyciem na Stamford Bridge Chelsea mogła pochwalić się tylko jednym tytułem mistrzowskim. Teraz na jej koncie znajduje się ich już cztery. 

Co się tyczy Malagi? Ano to, że Abdullah Bin Naser Al-Thani od samego początku zdawał sobie sprawę, że nie zrobi z niej drugiej Chelsea czy Manchesteru. To klub o kilka klas słabszy, który prowadzony ostrożnie i rozsądnie (jak do tej pory, za co wielkie brawa) może stać się jedną z głównych sił w lidze hiszpańskiej. Oczywistym jest, że Andaluzyjczycy nie mogli pozwolić sobie na walkę z Barceloną o Cesca Fàbregasa, czy z Manchesterem City o Samira Nasriego. Ale dzięki temu klub może, a wręcz powinien, uniknąć takich sytuacji, jak w Londynie. A w kadrze ma zawodników, którzy bardzo dobrze wiedzą, co robić z piłką. 

Ruud van Nistelrooy, Jérémy Toulalan, Santi Cazorla czy Joris Mathijsen to nazwiska, które zna każdy fan piłki nożnej, a przecież wszyscy ci gracze zostali sprowadzeni w tegorocznym, letnim okienku transferowym. Jednak nie nazwiska są tutaj najważniejsze, a przydatność każdego z kupionych piłkarzy drużynie. Tej kwestionować nie trzeba. Każdy z nich bardzo dobrze, lub dobrze, wkomponował się w ekipę i stanowi o jej sile. Na chwilę obecną klub z Andaluzji (po pięciu kolejkach) zajmuje szóste miejsce z dorobkiem dziesięciu punktów (tyle samo co Real Madryt, jeden mniej od Barcelony). Oczywiście nie można na tym etapie wysuwać wniosków, że do końca sezonu będzie tak dobrze, bo Malaga nie grała jeszcze z tymi najlepszymi, nie licząc meczu z Sevillą w pierwszej kolejce, który... przegrała. Mimo tego mam głębokie przeczucie, że był to zły dobrego początek, bo poziomem od swojego głównego rywala nie odstawała.

Los Boquerones nie mają jeszcze wypracowanego jednolitego stylu. To drużyna w trakcie budowy, która stawia przede wszystkim solidność i póki co ta solidność popłaca. Dodając do niej fakt, że na ławce trenerskiej zasiada Manuel Pellegrini, trzeba spodziewać się mniejszego lub większego sukcesu - jeśli nie teraz, to już w przyszłym roku. Pellegrini wyczyniał cuda z Villarrealem, dlaczego więc nie ma zrobić tego i z Malagą? 

Andaluzyjczycy będą jedyną petrodolarową ekipą której będę gorąco kibicował, właśnie ze względu na fakt, iż prowadzona jest z głową. Póki co wszystko wygląda na porządnie zaplanowane i miejmy nadzieje, że taki stan rzeczy będzie trwał, bo wiele wskazuje na to, że rodzi się tam coś dobrego. Prezes innego andaluzyjskiego klubu, o którym była mowa - Sevilli -, José María del Nido, narzekał na to, że Real Madryt i Barcelona są poza zasięgiem. Liczę na to, że i Malaga zagra mu na nosie i derby Andaluzji nie będą już dla Sevilli meczami do odfajkowania. Kto wie, może będzie całkiem odwrotnie? 

sobota, 24 września 2011

Gest za gest

Kiedy w 15. sekundzie na Estadio Santiago Bernabéu Michu strzelił bramkę dla Rayo Vallecano, wydawało się, że kibice Realu Madryt posłuchają José Mourinho i wygwiżdżą portugalskiego trenera. Nic z tych rzeczy, madrycki stadion żył dzisiaj, jak mało kiedy. Madridismo pokazało, że dwa bardzo słabe mecze nie sprawią, iż Mourinho i jego podopieczni nie będą mogli liczyć na ich poparcie.

Los Blancos rozkręcali się dzisiaj bardzo powoli, ale ostatecznie udało im się pokonać beniaminka aż 6:2 po hat-tricku Cristiano Ronaldo i trafieniach Gonzalo Higuaina, Raphaëla Varane'a i Karima Benzemy. Ostatni tydzień był dla wicemistrza Hiszpanii istną katorgą. Najpierw porażka w Walencji z Levante, potem remis w Santander z Racingiem. To wszystko sprawiło, że w prasie po raz kolejny pojawiła się nagonka na The Special One. On sam na konferencji prasowej przed dzisiejszym meczem wyznał, iż nie będzie miał kibicom za złe gwizdów, pod warunkiem, że te skierowane będą w jego kierunku. Fani mają bowiem, bez względu na wszystko, wspierać swoich piłkarzy. 

Już przed pierwszym gwizdkiem dało się czuć gorącą atmosferę przy Concha Espina. Gwizdy owszem - pojawiły się, jednak w nielicznych momentach, przy stanie 0-1, kiedy to Realowi nie udawało się wychodzić nawet z własnej połowy. Z biegiem czasu powrócił jako taki Madryt i zaczął dominować, niesiony fantastycznym dopingiem Ultrasów. Ci nie pokazali dzisiaj tylko tego, że nadal stoją murem za swoją drużyną, ale dali jasno do zrozumienia, że José Mourinho jest odpowiednim człowiekiem na odpowiedniej pozycji. W drugiej odsłonie dało się już słyszeć chóralne śpiewy na cześć Portugalczyka. Tak gorący doping na Bernabéu, przez pełne 90 minut, pojawia się nie na co dzień.

Real Madryt powraca na właściwe tory. Gra zostawiała jeszcze co prawda sporo do życzenia, jednak sześć zdobytych bramek, w tym trzy przy grze w dziesiątkę, robią wrażenie. Los Blancos docenili postawę swoich kibiców i po ostatnim gwizdku arbitra pozostali jeszcze przez chwilę na boisku i dziękowali im za okazane wsparcie, którego potrzebowali teraz, jak ryba wody. 

Choć zanosiło się na sensację, Królewscy podołali wyzwaniu. José Mourinho więc nie będzie musiał odwoływać swoich słów sprzed meczu, kiedy to wyznał, że jutro gazety nie będą już mogły pisać o jakimkolwiek kryzysie na Bernabéu. 

środa, 21 września 2011

Kolejny oszukany

Nie można nie uwielbiać José Mourinho, który, co podkreślano już wielokrotnie, jest wielkim trenerem i wspaniałym przywódcą. Nie można też jednak nie wytykać mu błędów, które pojawiają się coraz częściej. Może Portugalczyk faktycznie nie ma nerwów ze stali i odczuwa emocje tak samo, jak każdy inny człowiek? Ale nie o nim chcę dzisiaj pisać, a o tylko i wyłącznie o jego słowach i jego czynach z poprzedniego sezonu. 

Mourinho cały poprzedni sezon aż gotował się z powodu braku napastnika, zapewniał tym samym, że od sezonu 2011/2012 Álvaro Morata będzie pełnoprawnym zawodnikiem pierwszego składu. Klub zgodził się wypożyczyć The Special One Emmanuela Adebayora, który spełnił swoją rolę, ale mimo to odszedł po pół roku, bo Florentino Pérez zamarzył sobie Kuna Agüero lub Neymara. Po raz kolejny zostaliśmy z niczym, a wszyscy Madridistas, tak wierzący w szkółkę Los Blancos, już ostrzyli sobie zęby na widok Moraty, trenującego dzień w dzień z najlepszymi na świecie. 

Nic bardziej mylnego. Być może Moracie w spełnianiu marzeń o karierze klubowej przeszkodziły Mistrzostwa Europy do lat 19, ale tam przecież zdobył z Hiszpanami złoto i został najlepszym strzelcem rozgrywek. Niestety nie pojechał z drużyną na tournée po Stanach Zjednoczonych i Chinach. Nie brał czynnego udziału w pretemporadzie, choć z deklaracji Mourinho cały czas jasno wynikało, że młody Hiszpan będzie ważną częścią drużyny. 

Nastał wrzesień, okienko transferowe zostało zamknięte, a Morata w dalszym ciągu gra tylko i wyłącznie w Realu Madryt Castilla. Hiszpan musi czuć się w jakiś sposób oszukany, po tylu deklaracjach i zapewnieniach. Przez całe lato o napastnika pytało wiele klubów, w tym oczywiście Getafe, które ostatecznie sprowadziło do siebie Pablo Sarabię. Dlaczego Mou nie pozwolił odejść i jemu? Dlaczego pozostawił go w Segunda Division B, nie dając póki co żadnych szans na rozwój. Sarabia zaś, choć z marnym skutkiem, zagrał już w pierwszym składzie nawet przeciwko Los Blancos właśnie! 

Zarzuty kierowane w stronę Moraty od ludzi, którzy nie są przekonani, co do jego talentu, są w pewnym stopniu bezpodstawne. Álvaro można porównać do... Messiego. Ludzie z kręgu Królewskich psioczą, że 18-latek wcale nie prezentuje w Castilli wygórowanych umiejętności. Oddają mu co prawda, że rozstrzelał się i jest wiodącą postacią w drużynie, jednak ciągle mają jakieś ale. Mimo wszystko był już chwalony przez samego Mourinho, któremu zdarzyło się kilkakrotnie powołać go na trening, czy nawet dać szansę zadebiutowania w lidze hiszpańskiej. 

Wracając do porównania z Messim. Co ten mały-wielki piłkarz pokazuje w reprezentacji Argentyny? Czy strzela mnóstwo bramek? Czy sam, jak to czyni w Barcelonie, wygrywa mecze? Pasuje się nad tym zastanowić, bo, jak każdemu, zdarzają się przebłyski, ale ogólnie rzecz biorąc, jego forma reprezentacyjna odbiega od tej, prezentowanej w Barcelonie. I kolejny raz trzeba powtórzyć, że Albicelestes nie posiadają w składzie takich graczy jak Xavi, Iniesta czy teraz Cesc Fàbregas. Jeden zawodnik niczego nie osiągnie, jeśli nie otrzyma pomocy od innych. Dlatego też dziwię się jeszcze bardziej Mourinho, że nie daje Moracie należnych mu szans. Taki młodzieniaszek, który będzie chciał udowodnić wszystkim że jest coś wart, będzie biegał, biegał i jeszcze raz walczył, żeby przekonać do siebie niedowiarków. A z takimi graczami obok jak Ronaldo, Özil czy Xabi Alonso, gra jest o wiele łatwiejsza. 

Zdaję sobie sprawę, że porównanie gry w reprezentacji Argentyny i Barcelony, do gry w Segunda Division B i w Primera Division, jest sporo przesadzone, ale w mojej opinii obrazuje to w jakiś sposób to, co mogłoby się wydarzyć. Nie próbując, nie przekonamy się - to wiadomo już od dawna...

Dzisiaj Królewskich czeka kolejny pojedynek ligowy, tym razem z Racingiem Santander. Terminarz jest nieco napięty, a po ostatniej katastrofalnej wpadce José Mourinho zabiera na El Sardinero wszystkich swoich zawodników - nawet kontuzjowanych Şahina, Altintopa, Coentrão i Pepe! Pytam, gdzie jest Morata, dlaczego go nie ma?! Jest środek tygodnia, Castilla nie rozgrywa swojego meczu, Alvaro jest całkowicie wolny, gdyby chociaż otrzymał powołanie, wiedzielibyśmy, że Mourinho choć trochę jeszcze o nim myśli. Tymczasem Portugalczyk twierdzi, że jest zachwycony ze swojej obecnej kadry, chociaż latem naciskał na transfer kolejnego napastnika.

poniedziałek, 19 września 2011

Madryccy idioci

Wczorajszy kompromitujący mecz Realu Madryt z Levante przelał całkowicie czarę goryczy. Tacy ludzie jak Pepe, ale też Khedira czy Coentrão, nie powinni mieć prawa grać w piłkę nożną. Dostrzec musi to również José Mourinho, który nie podejmuje żadnych odpowiednich kroków, adekwatnych do tego, co robią jego podopieczni.

Jeśli Pepe mówi, że "ten sędzia nie był gotowy na takie mecze", to zakrawa to na śmieszną wręcz hipokryzję. Jeśli Portugalczyk wysuwa takie wnioski, to każdy normalny kibic stwierdzi, że Pepe nie jest gotowy, aby grać w piłkę na takim poziomie, gdzie panują takie emocje. Chyba cały Real Madryt ciągle nie jest gotowy na takie mecze, na walkę, równą, sportową, w której czasem po prostu się przegrywa - przegrywa z o wiele słabszymi, ale taki jest właśnie urok sportu. To wszystko podsyca dodatkowo The Special One, który lubi taką atmosferę, lubi brud i sam ucieka się często do chamskich zagrań. 

Jednak taka atmosfera walki i niezadowolenia panowała na Concha Espina już za Manuela Pellegriniego, a nawet jeszcze wcześniej. W okresie dominacji Barcelony Królewscy najzwyczajniej w świecie nie panują nad sobą, nad swoim temperamentem. Obelgi to już chleb powszedni na piłkarskich boiskach, jednak u zawodników Realu Madryt niesamowicie często można zaobserwować frustrację, niestety frustrację negatywną, która wyłącza im myślenie i która podpowiada, że mecz jest już przegrany, teraz trzeba wyładować się na boisku i dać do zrozumienia sędziemu, że chwilę wcześniej powinien gwizdnąć faul na nasza korzyść. Nie zrobił tego, więc ja, w tym przypadku tym "ja" może być Fábio Coentrão, zaatakuję bez pardonu od tyłu rywala i powalę go na ziemię, udając, że nic się nie stało. Dla takich ludzi nie powinno być miejsca w najlepszym klubie XX wieku. Jeśli Mourinho tego nie zrozumie, odpowiednie kroki będzie musiał podjąć Florentino Pérez, a to skończyć się może tylko i wyłącznie w jeden sposób - zwolnieniem José Mourinho, którego żałowalibyśmy jeszcze bardzo długi czas.

Jaki Portugalczyk jest, taki jest. Trenerem jest niemniej jednak wybitnym. Na nasze nieszczęście jego zachowanie wpływa na piłkarzy, którzy nie chcą być gorsi od swojego mentora i coraz częściej okazują typowe chamstwo, znane z boisk C i B-klasowych. Taka nieprzyjemna atmosfera nad Madrytem zawisła chyba po pamiętnym spotkaniu z Getafe na Estadio Santiago Bernabéu, po którym to Pepe powinien dostać dożywotni zakaz gry w piłkę nożną. Z każdym kolejnym dniem rozgoryczenie w umysłach zawodników Los Blancos rosło. Wydaje się, że powoli sięga ono zenitu. Wczorajsze zachowanie Pepego, który odpychał i deptał Ballesterosa, potwierdza tylko, że ten człowiek nie jest godzien reprezentowania białych barw, pomimo faktu, że zawodnikiem jest świetnym. Również wczoraj zagrał bardzo dobry mecz, był wyróżniającą się postacią, ale ze względu na porażkę i to, co zrobił później, nikt nie będzie o tej dobrej grze pamiętał. Ludzie już zakodowali sobie w głowach kolejny wybryk Pepego, któremu przyda się chyba odpoczynek i poważna, męska rozmowa z kimś, kto będzie w stanie na niego jakkolwiek wpłynąć. 

Już w meczu z Getafe w tym sezonie, który nie układał się po naszej myśli, dało się zauważyć w zachowaniu piłkarzy Mourinho frustrację. Taka sytuacja pojawia się niestety dość często. To, co wczoraj zrobił Khedira, również przeszło wszelkie granice. Gdyby nawet nie miał wcześniej żółtej kartki, co usprawiedliwia takie wyczyny? Od zawsze powtarzałem, że transfer tego człowieka na Bernabéu jest fatalnym pomysłem - coraz bardziej przekonuję się do swojego zdania. To człowiek z okrojonym umysłem, nie myślący o konsekwencjach. Lass jest od niego zawodnikiem zdecydowanie lepszym i waleczniejszym. A przy tym, choć gra ostrzej i bardziej zdecydowanie, nie ma zamiaru łamać komuś nóg i rzucać nim po całym stadionie. 

Jedyny plus jest taki, że swoje dziwactwa przystopował trochę Cristiano Ronaldo. Gdyby i on wdał się wczoraj w jakieś przepychanki, mogłoby się to skończyć bardzo źle. Portugalczyk jest i będzie owiany złą sławą, bo przecież "jest przystojny, bogaty i dobrze gra w piłkę". CR7 sam na siebie podpisuje wyrok, ale zdecydowanie się zmienił i nadal nie obchodzi go opinia innych, co może na niego wpłynąć tylko i wyłącznie dobrze. 

Z tego, co wiem, nie tylko ja odczuwam podczas każdego meczu Los Merengues wrażenie, że w każdej chwili może się coś wydarzyć. Gdy widzę biegnącego przeciwnika obok Pepego już boję się, że coś urodzi się w głowie byłego gracza Porto i zaraz zaatakuje rywala tak, że na zawsze odechce mu się chce grać w piłkę. O ile poniekąd z temperamentem Pepego się oswoiłem, to podobna sytuacja ma miejsce w przypadku Marcelo. Najlepsi przyjaciele to również swego rodzaju bandyci. Oczywiście Brazylijczykowi bardzo, ale to bardzo wiele brakuje do głupoty swojego kompana, ale jest na najlepszej drodze do radzenia sobie z przegraną właśnie za pomocą brutalnych wejść. Nie trzeba uciekać daleko w przeszłość, sytuację idealnie obrazuje rewanż Superpucharu Hiszpanii z Barceloną.

Tydzień temu cieszyliśmy się, że po trzech latach w końcu mamy dwa punkty przewagi nad Barceloną. Po siedmiu dniach wszystko wróciło do normy i znowu oglądamy plecy innych, w tym Pepa Guardioli, a do tego przekonaliśmy, że ulegamy Barcie nawet talentem aktorskim. Zaprezentowany wczoraj przez Di Marię pokaz był istną kpiną. Jeśli tak próbujemy walczyć z innymi, to wiele nie osiągniemy. Barceloną nie jesteśmy, symulować też, jak widać, nie bardzo umiemy. Nikt za nic nam rzutu wolnego czy karnego nie da, choć i tutaj zdarzają się wyjątki, jak w niedawnym pojedynku z Getafe. Trzymam kciuki za Mourinho, który musi wpoić do tych pustych głów, że mają grać w piłkę, a nie wiecznie udawać pokrzywdzonych i uciekać się do takich zagrań, jak wczoraj. Pytanie, czy sam Mou tego chce?

Z poważaniem, wieloletni kibic Realu Madryt.

czwartek, 15 września 2011

Równi i równiejsi

Pierwsza kolejka Ligi Mistrzów przyniosła tyle samo emocji, co sensacji. Po środowym meczu Realu Madryt z Dinamem Zagrzeb znowu zawrzało. Na ustach wszystkich znalazł się nie kto inny, jak Cristiano Ronaldo. "UEFA mówi o ochronie piłkarzy, grze fair play... Nic takiego nie ma miejsca. Nie mogę tego pojąć"*, mówił po ostatnim gwizdku Portugalczyk, krytykując postawę norweskiego sędziego Eddvara Moena.

Zdjęcia, jakie obiegły internetowy świat, nie pozostawiają złudzeń - CR7 ma prawo być zdenerwowanym. Agresywne wejście wyprostowaną nogą, rozcięta kostka, potrzeba szycia i bardzo wątpliwy występ portugalskiego cracka w ligowym meczu z Levante. Każe to po raz kolejny zwrócić uwagę na to, co z boiskowym chamstwem, tak często zarzucanym Realowi Madryt, robi UEFA.

"To dobrze, że Messi jest chroniony przez arbitrów"**, przyznał sam Michel Platini pod koniec sierpnia br., tuż po tym, jak argentyński gracz FC Barcelona został uznany najlepszym w Europie. Platini w przeszłości postulował o ochronę tych najlepszych, którzy tworzą spektakl, domagali się tego również kibice, jednak po raz pierwszy Prezydent UEFA odniósł się do jakiegokolwiek konkretnego nazwiska. Dlaczego nie dziwi fakt, że akurat do tego...

Cristiano dał wczoraj upust swoim emocjom, już w trakcie meczu widać, że był sfrustrowany tym, co dzieje się na boisku. Po raz kolejny był najczęściej faulowanym zawodnikiem. Graz Dinamo Zagrzeb za swoje wejście nakładką nie otrzymał nawet żółtej kartki. Chwilę potem w odstępie kilku minut dwa kartoniki otrzymał Marcelo i musiał opuścić plac gry. Real Madryt przedstawiany jako ten zły nie miał w zasadzie jak się bronić. Na Ronaldo standardowo spadła salwa krytyki, on sam nie bardzo się nią przejął, jeszcze bardziej podgrzewając atmosferę.

Chorwaccy kibice od pierwszego gwizdka we wczorajszym meczu pokazywali swoją niechęć do króla strzelców ligi hiszpańskiej. Gwizdy nasilały się z każdym faulem na Portugalczyku, który po meczu skwitował wszystko w bardzo krótkich, rzeczowych, i jak zwykle, kontrowersyjnych, ale mających w sobie sto procent prawdy, słowach. "Gwiżdżą, bo dobrze wyglądam, jestem bogaty i utalentowany"**. Faulują pewnie z tego samego powodu, szkoda tylko, że sędziowie nie dostrzegają olbrzymiej wrogości do Portugalczyka. To dziwne, że po żadnym z fauli na Cristiano nie została pokazana kartka. Nakładka z wczorajszego pojedynku kwalifikowała się nawet na kolor czerwony. I w tej sytuacji nie można nie uciec do wydarzeń z końcówki poprzedniego sezonu i czerwonej kartki Pepego za "faul" na Danim Alvesie... Tak to już niestety jest, że w dzisiejszym futbolu są równi i równiejsi.

Jeśli Michel Platini domaga się ochrony najlepszych zawodnikiem, dlaczego nic w tym kierunku nie robi - pomijając Messiego, który najwyraźniej ma u Francuza (i nie tylko, o czym za chwilę) specjalne względy. Platini na pewno widział wczorajsze zajście, na pewno wie, jakie wywołało poruszenie w piłkarskim świecie, dlaczego więc w jakikolwiek sposób się do tego nie ustosunkuje. Są to pytania retoryczne, ale z punktu widzenia kibiców Realu Madryt naprawdę krzywdzące.

Stosunki pomiędzy Realem Madryt a Barceloną poprawiają się, widać to po reprezentacji Hiszpanii, widać po wypowiedziach zawodników obydwu drużyn. Pytanie tylko, czy taka sielanka będzie trwać i trwać, czy zakończy się za kilka miesięcy, kiedy dojdzie do Gran Derbi na Bernabeu. UEFA powinna bardziej się postarać, bo takie wypowiedzi jej Prezesa tylko szkodzą, podobnie jak kwietniowe oddelegowanie Wolfganga Starka do sędziowania meczu półfinału Ligi Mistrzów, który otwarcie przyznawał, że jego wielkim boiskowym ulubieńcem jest Leo Messi...

Liczę się z olbrzymią krytyką, z argumentami przeciwko zarzucaniu Barcelonie pomocy ze strony UEFA. Liczę też jednak na to, że zwróci się uwagę na fakt, że trzeba zacząć patrzeć wnikliwie na poszczególne sytuacje. Te najwyraźniej umykają Panu Platiniemu, który mógłby przyznać, co wcale by mnie nie zdziwiło, że piłka nożna jest sportem dla mężczyzn, a 3/4 kibiców piłkarskich, którzy zapatrzeni są w Barcę, nienawidząc tym samym Realu Madryt, będzie wtórować mu, żeby "panienka Kryśka z Madrytu przestała płakać".

*www.RealMadryt.net
**www.RealMadrid.pl