Coraz to więcej arabskich szejków, czy też posiadaczy wielomilionowych fortun, z niewiedzy, co też z taką kasą można zrobić, kupuje sobie jakiś klub i próbuje walczyć z nim o najwyższe cele. Petrodolary stają się ważną częścią futbolowego światka. Michel Platini zarzuca tymczasem Realowi Madryt psucie rynku transferowego, nie zwracając uwagi na to, co wyprawiają chociażby Chelsea Londyn i Manchester City.
Angielski futbol bez wątpienia jest jednym z najpiękniejszych na świecie, mecze Premier League ogląda się z uwagą i radością, i bynajmniej nie jest to nowość. Rewolucje w 2003 roku rozpoczął Roman Abramowicz, który zamarzył sobie poprowadzić jedną z drużyn w najwyższej klasie rozgrywkowej na Wyspach Brytyjskich. Padło na londyńską Chelsea - w ruch poszły setki milionów funtów i drużyna powoli zaczynała nabierać kształtów. Teraz jest jedną z głównych sił angielskiej Premiership.
Pięć lat później na brytyjską scenę wkroczył Mansour bin Zayed, który, można powiedzieć, ukrywał się ze swoimi ambicjami aż do zeszłego roku. The Citizens dopiero wkraczają do angielskiej elity, jednak transfery poczynione przez klub przed tym sezonem muszą robić wrażenie. Powstaje tylko jedno pytanie - czy tego wszystkiego nie jest za wiele?
Kolejnym panem, którego chciałbym przedstawić, a jednocześnie skupić się na nim na dłuższy czas, jest katarski szejk Abdullah Bin Naser Al-Thani, który w czerwcu ubiegłego roku został właścicielem hiszpańskiej Malagi. Transakcja przejęcia klubu zamknęła się w kwocie 36 milionów euro. Al-Thani dał sobie rok na rozeznanie się na piłkarskim rynku i latem tego roku zaczął budować drużynę, która ma zamieszać w Primera Division.
Broń Boże nie mam zamiaru porównywać potencjałów angielskiej dwójki i hiszpańskiego, powiedzmy sobie szczerze, przeciętniaka. Jednak na pierwszy rzut oka widać, że właściciel Malagi chce robić, i robi, interesy z głową. Przez całe lato huczało aż od nazwisk piłkarzy, wiązanych z transferem na City of Manchester Stadium. Javier Pastore, Alexis Sanchez, Neymar - to ledwie garstka celów transferowych, a przecież żaden z nich do Manchesteru nie trafił. Przybyli za to Kun Agüero czy Samir Nasri, dołączając do takich tuz jak David Silva, Carlos Tévez czy Edin Džeko. Wyglądało to tak, jakby The Citizens na chybił-trafił wybierali gracza, o którego będą walczyć. Jeśli próba wykupienia go się nie udawała, zarzucali sieci na kogoś innego.
Londyńska Chelsea to historia już dużo dłuższa, ale podobna do opisanej wyżej. Roman Abramowicz chce - Roman Abramowicz ma, tak to mniej więcej wyglądało w ostatnich latach. Niewielu jest w tej chwili piłkarzy, których The Blues nie mogli by sobie kupić. Rosyjski multimiliarder jakiś czas temu poszedł jednak po rozum do głowy i zaczyna myśleć na chłodno. Wszystko wydaje się być bardziej przemyślane i poniekąd przynosi efekty. Nie można zarzucać Abramowiczowi braku efektywności. Dość powiedzieć, że przed jego przybyciem na Stamford Bridge Chelsea mogła pochwalić się tylko jednym tytułem mistrzowskim. Teraz na jej koncie znajduje się ich już cztery.
Co się tyczy Malagi? Ano to, że Abdullah Bin Naser Al-Thani od samego początku zdawał sobie sprawę, że nie zrobi z niej drugiej Chelsea czy Manchesteru. To klub o kilka klas słabszy, który prowadzony ostrożnie i rozsądnie (jak do tej pory, za co wielkie brawa) może stać się jedną z głównych sił w lidze hiszpańskiej. Oczywistym jest, że Andaluzyjczycy nie mogli pozwolić sobie na walkę z Barceloną o Cesca Fàbregasa, czy z Manchesterem City o Samira Nasriego. Ale dzięki temu klub może, a wręcz powinien, uniknąć takich sytuacji, jak w Londynie. A w kadrze ma zawodników, którzy bardzo dobrze wiedzą, co robić z piłką.
Ruud van Nistelrooy, Jérémy Toulalan, Santi Cazorla czy Joris Mathijsen to nazwiska, które zna każdy fan piłki nożnej, a przecież wszyscy ci gracze zostali sprowadzeni w tegorocznym, letnim okienku transferowym. Jednak nie nazwiska są tutaj najważniejsze, a przydatność każdego z kupionych piłkarzy drużynie. Tej kwestionować nie trzeba. Każdy z nich bardzo dobrze, lub dobrze, wkomponował się w ekipę i stanowi o jej sile. Na chwilę obecną klub z Andaluzji (po pięciu kolejkach) zajmuje szóste miejsce z dorobkiem dziesięciu punktów (tyle samo co Real Madryt, jeden mniej od Barcelony). Oczywiście nie można na tym etapie wysuwać wniosków, że do końca sezonu będzie tak dobrze, bo Malaga nie grała jeszcze z tymi najlepszymi, nie licząc meczu z Sevillą w pierwszej kolejce, który... przegrała. Mimo tego mam głębokie przeczucie, że był to zły dobrego początek, bo poziomem od swojego głównego rywala nie odstawała.
Los Boquerones nie mają jeszcze wypracowanego jednolitego stylu. To drużyna w trakcie budowy, która stawia przede wszystkim solidność i póki co ta solidność popłaca. Dodając do niej fakt, że na ławce trenerskiej zasiada Manuel Pellegrini, trzeba spodziewać się mniejszego lub większego sukcesu - jeśli nie teraz, to już w przyszłym roku. Pellegrini wyczyniał cuda z Villarrealem, dlaczego więc nie ma zrobić tego i z Malagą?
Andaluzyjczycy będą jedyną petrodolarową ekipą której będę gorąco kibicował, właśnie ze względu na fakt, iż prowadzona jest z głową. Póki co wszystko wygląda na porządnie zaplanowane i miejmy nadzieje, że taki stan rzeczy będzie trwał, bo wiele wskazuje na to, że rodzi się tam coś dobrego. Prezes innego andaluzyjskiego klubu, o którym była mowa - Sevilli -, José María del Nido, narzekał na to, że Real Madryt i Barcelona są poza zasięgiem. Liczę na to, że i Malaga zagra mu na nosie i derby Andaluzji nie będą już dla Sevilli meczami do odfajkowania. Kto wie, może będzie całkiem odwrotnie?

zgadzam się z autorem. Malaga buduje rzeczywiście ciekawy zespół a Van Nistelrooy jest jednym z moich ulubionych zawodników dlatego będę obserwował jej mecze
OdpowiedzUsuń