„Jak się mówi 'oszukiwać' po katalońsku?”

- José Mourinho

sobota, 30 czerwca 2012

Mój wymarzony finał


fot: Sportige.com

Hiszpanie nudzą, Hiszpanie już nie czarują, jednak Hiszpanie pozostali Hiszpanami. Są w finale i zmierzą się w nim z Włochami, którzy co prawda może czarować również nie czarują, ale na pewno swoją grą nie nudzą. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że niedzielny finał Euro 2012 nie zawiedzie oczekiwań i będziemy świadkami porywającego spotkania.

Jako że hiszpański futbol ubóstwiam, na poprzednich wielkich turniejach kibicowałem „La Furia Roja” całym sercem. Podobnie było w początkowej fazie tegorocznych mistrzostw Europy. Niestety, z każdym kolejnym meczem ulegało to zmianie i w końcu doszło do tego, że w półfinale ściskałem kciuki za Portugalczyków, którym awans się po prostu należał. Na niedzielny mecz przyodzieję jednak z powrotem hiszpańskie barwy, ale jednocześnie będę oczekiwał, że Włosi zaskoczą także Hiszpanię i przynajmniej obejmą prowadzenie – im szybciej, tym lepiej.

Drużyna Vicente del Bosque nie zmieni swojego stylu gry i dalej będzie wymieniała tysiące podań – podań, które niekoniecznie już wprawiają widza w zachwyt. Wymarzyłem sobie, żeby finał Euro 2012 był wielkim spektaklem, a do tego potrzebna będzie otwarta gra „Squadra Azzurra”. Niechaj podopieczni Cesare Prandellego w miarę szybko pokonają Ikera Casillasa. Później życzyłbym sobie, by golkiper Realu Madryt jeszcze raz udowodnił, że jest najlepszym fachowcem na świecie, jeśli chodzi o wpędzanie w senne koszmary napastników rywali.

10., 15., może 20. minuta? Wynik 1:0 dla Włochów oznaczałby, że Hiszpanie z każdą kolejną chwilą musieliby trochę korygować swoje plany i skupić się na atakowaniu bramki przeciwnika, odrzucając na bok bicie rekordów w liczbie podań. Broniąca tytułu mistrzowskiego drużyna ma ogromny potencjał ofensywny i bez wątpienia by to udowodniła (no chyba że del Bosque zdecyduje się zagrać szóstką środkowych pomocników…). Tak więc po straconym golu, zdobytym po świetnym uderzeniu sprzed pola karnego Andrei Pirlo, Hiszpania rusza do boju i rozkręca się na dobre po jakichś 30 minutach. Ostatni kwadrans pierwszej połowy to nękanie i wyklinanie Buffona, bo golkiper Juventusu zaczarował swoją bramkę. Mało tego, z przodu we włoskiej ekipie szaleje Balotelli, który raz po raz otrzymuje kolejne fenomenalne i majestatyczne wręcz podania od Pirlo. Zawodnik Manchesteru City ma jednak pecha, bo nie potrafi wykorzystać dostawanych piłek – podobnie jak Cassano. Obydwaj napastnicy Itallii raz za razem przegrywają pojedynki z Casillasem, który – zgodnie z wcześniejszym życzeniem – wyłapuje wszystko, co jest do wyłapania, a nawet to, czego pozornie wyłapać się nie da.

Ostatnie minuty pierwszej połowy to szturm na bramkę Buffona. „La Furia Roja” atakuje w końcu z furią, chcąc za wszelką cenę zejść do szatni z wynikiem remisowym. Przyszedł jednak czas na podręczenie Gerarda Pique, któremu nie podoba się to, że Iker z Madrytu wyrasta na wielkiego bohatera pierwszej połowy – pomimo niekorzystnego wyniku. W doliczonym czasie gry pierwszej odsłony defensor FC Barcelona przypomina sobie, jak tragicznie radził sobie w wielu momentach minionego sezonu na boiskach ligi hiszpańskiej, i tak niefortunnie zagrywa piłkę po jednym z dośrodkowań, że wpada ona do siatki obok zdezorientowanego Casillasa. Miał być remis, jest już 0:2. „Squadra Azzurra” w drugim meczu z rzędu z teoretycznie silniejszym rywalem schodzi do szatni, mając dwa gole przewagi.

W przerwie w końcu olśnienia dostaje del Bosque i posyła do boju Fernando Llorente. Bask do tej pory nawet nie powąchał polskiej i ukraińskiej murawy, na którą tak narzekali jego koledzy z reprezentacji. Na efekty nie trzeba długo czekać, bo rosły napastnik Athleticu Bilbao już po pięciu minutach zdobywa bramkę dającą nadzieję reprezentacji Hiszpanii. Ta próbuje iść za ciosem i w swym ofensywnym opętaniu zapomina o obronie, co kilka minut po golu Llorente wykorzystuje Balotelli, po sytuacji sam na sam z Casillasem strzelając gola – 3:1. Del Bosque od razy decyduje się na roszady i w miejsce Pique na boisku melduje się Fernando Torres. Nie on jednak ma być tego wieczoru bohaterem narodowym. Ta rola przypada wspomnianemu Llorente, który po prostu sobie na to zasłużył. Del Bosque oszalał, że wcześniej w ogóle nie korzystał z tak znakomitego zawodnika, który stanowił o sile Athleticu Bilbao w minionym sezonie.

Włosi zamykają się na własnej połowie, broniąc się w sposób po prostu mistrzowski. Do zakończenia spotkania pozostaje 25 minut i właśnie wtedy Llorente zdobywa swojego drugiego gola, wykorzystując dośrodkowanie Jordiego Alby. Wspomniane 25 minut ma się ciągnąć Włochom w nieskończoność. Nie ma miliona podań, nie ma cofania się z piłką, jest autentyczny blitzkrieg w wykonaniu Hiszpanii. Ekipa razi niestety nieskutecznością, ale na szczęście ma „San Ikera”, który dwukrotnie odgryza się Balotellemu i wygrywa pojedynki jeden na jeden, a do tego dorzuca kilka absolutnie światowej klasy interwencji. Kiedy w końcu wybija upragniona dla Włochów 90. minuta, na trybunach kijowskiego stadionu panuje włoska fiesta. Pedro Proenca dolicza jednak cztery minuty, a w ostatnich sekundach Hiszpania wykonuje rzut rożny. W „szesnastce” Italii znalazł się nawet Iker, ale nie – tego byłoby za wiele – to nie on doprowadza do remisu. Jak już mówiłem, bohaterem zostaje Llorente, który zdobywa swojego trzeciego gola głową. Dogrywka!

W dogrywce emocji już zdecydowanie mniej, a – co najważniejsze dla przebiegu spotkania – brak w niej bramek, pomimo dogodnych sytuacji z obu stron. Mecz toczył się jednak w zdecydowanie wolniejszym tempie, obydwie drużyny pogodziły się z tym, że zwycięzcę wyłoni seria „jedenastek”. W jej trakcie swój show odstawia Casillas. Hiszpan nie na marne przez cztery sezony dzielił szatnię z Jurkiem Dudkiem, czegoś się od bardziej doświadczonego kolegi nauczył. „Dudek Dance” z 2005 roku przeistacza się w „Casillas Dance”, który kompletnie dezorientuje strzelających zawodników Włoch. Na samym wstępie presji nie wytrzymuje ten, który w półfinale zabawiał się w Panenkę – Casillas łapie uderzenie Pirlo. Kolejny Panenkowicz, Sergio Ramos, nie myli się i nie posyła piłki na orbitę, uderzając pewnie i nie do obrony. W drugiej serii „jedenastek” błędów nie ma – Cassano i Xavi umieszczają piłkę w siatce. Podobnie chwilę później zachowują się Balotelli i Xabi Alonso. Po trzech seriach Hiszpania prowadzi 3:2.

Czwartą serię rozpoczyna De Rossi i w pięknym stylu jego uderzenie na poprzeczkę paruje Casillas. O losach pojedynku ma zadecydować Andres Iniesta. Katalończyk jednak nie strzela i zabawa trwa dalej. Presja spada na Casillasa, który broniąc strzał Montolivo, zapewniłby Hiszpanii mistrzostwo. Tak też się dzieje – wychowanek Realu Madryt wyłapuje trzecią „jedenastkę” i już pędzi po puchar Henri Delaunaya.
Tak. Tak to sobie wymarzyłem. Będę człowiekiem spełnionym, jeśli chociaż w jakiejś małej części ten szalony scenariusz się sprawdzi.

czwartek, 28 czerwca 2012

Gdzie ten brutal?

Takiego Pepego chcemy oglądać jak najczęściej!
(fot. Euronews.com)
O pojedynku Hiszpanów z Portugalczykami powiedziano już tyle, że wydaje się, iż nic więcej dodać nie można. Dyskusja na temat środowego półfinału będzie jednak jeszcze trwała. „Seleccao” nie udało się awansować do upragnionego finału, choć w opinii wielu ta reprezentacja bezsprzecznie na to zasłużyła.

Podczas gdy wszyscy zachwycali się znakomitą formą Cristiano Ronaldo (jak najbardziej słusznie zresztą), fantastyczny turniej rozgrywał ten, który przez zdecydowaną większość kibiców jest piętnowany i wyzywany od największych brutali nie tylko we współczesnym futbolu. Mowa oczywiście o Pepe, który na Euro 2012 błyszczał nie mniej niż jego rodak i kolega z Realu Madryt – notabene równie mocno „uwielbiany” przez kibiców – CR7.

W rankingu Castrol Edge na najlepszego (dotychczas) zawodnika Euro 2012 Pepe zajmuje drugą pozycję, ustępując tylko Ronaldo właśnie. Przypadek? Absolutnie nie. W pamięci fanów piłkarskich Pepe zachował się głównie z powodu swojej brutalnej gry i chamskiego czasami zachowania. Mówisz Pepe, myślisz kopanie po plecach i gra na pograniczu łamania kości. Na polsko-ukraińskim turnieju widzieliśmy kompletnie kogoś innego – zawodnika, który był nie do przejścia i stanowił o sile portugalskiego zespołu. Mało tego, że był filarem defensywy, był tym, który robił, co w jego mocy, by pomóc drużynie w osiągnięciu celu – odrzucając na bok chamskie zagrywki i brutalne zagrania.

Pepe rozegrał na tegorocznych mistrzostwach Europy 5 meczów w pełnym wymiarze czasowym. Daje nam to 480 minut (z dogrywką przeciwko Hiszpanii) spędzonych na boisku, w trakcie których Portugalczyk popełnił zaledwie... 2 (słownie: dwa) faule. Jeden z nich, popełniony w półfinałowym starciu z Hiszpanią zakończył się żółtą kartką. Gracz Realu Madryt bezpardonowo potraktował Xabiego Alonso w pojedynku główkowym, za co otrzymał „żółtko”. Nie był to jednak faul ani agresywny, ani złośliwy. Oczywiście, gdyby faulowanym był choćby Sergio Busquets moglibyśmy doszukiwać się drugiego dna – wszak było to wejście kolanem w plecy podczas walki o górną piłkę. Nie posądzamy jednak Pepego o to, że chciał wyrządzić krzywdę swojemu koledze z klubu. Tego typu wejścia w dzisiejszym futbolu są już na porządku dziennym.

Tak, Pepe był jednym z najczyściej grających zawodników na Euro. Nie chodzi tylko o to, ile popełnił w fauli (z drugiej strony sam faulowany był 11 razy), ale o to, jak radził sobie z każdym kolejnym napastnikiem rywala. Nie uciekał się do podstępów, nie prowokował – po prostu wykonywał swoją pracę i robił to wzorowo. Najcięższym testem miał być ten półfinałowy. Również z niego Pepe wyszedł zwycięsko. Z zadziwiającą łatwością odczytywał zagrania Hiszpanów i raz za razem kasował ich akcje. UEFA za najlepszego zawodnika tego meczu wybrała Sergio Ramosa, ale gdyby to Portugalia znalazła się w wielkim finale, prawdopodobnie Pepe zgarnąłby nagrodę. Co ciekawe, nie byłby to jego pierwszy raz. Portugalczyk został wybrany graczem meczu z Danią. To właśnie on zdobył pierwszego gola dla drużyny Paulo Bento, a w dalszych fragmentach spotkania po prostu robił swoje, nie pozwalając na zbyt wiele przeciwnikom, pomimo tego, że jego drużyna straciła dwie bramki. Również w starciu z Niemcami, jeszcze w fazie grupowej, Pepe był bliski zdobycia bramki, ale piłka po jego uderzeniu zatrzymała się na poprzeczce.

Zapowiadano, że półfinał Portugalii z Hiszpanią to takie reprezentacyjne „Gran Derbi”. Nic dziwnego, Ronaldo, Coentrao i Pepe naprzeciw sporej grupy Katalończyków, ale także madrytczyków. Pepe zapanował nad swoim wybuchowym temperamentem i udowodnił, że jest jednym z najlepszych obrońców w Europie. Zapanował również nad emocjami w najważniejszym momencie spotkania – w serii rzutów karnych. Przyznam, że gdy patrzyłem, jak zmierza do wykonania „jedenastki” nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Kto, jak kto, ale Pepe nie dał się poznać z takiej strony. W kadrze Portugalii bez wątpienia znajdują się piłkarze, którzy karne uderzają lepiej. To potwierdza tylko jak skoncentrowany i pewny siebie był defensor „Królewskich”, popisując się bardzo pewnym uderzeniem. Niestety, nic ono Portugalii nie dało, ale dla samego Pepego wydarzenia z tego turnieju mogą być swego rodzaju odskocznią. Być może sam zawodnik dostrzegł już, że na boisku wystarczy całkowicie poświęcić się grze w piłkę. Mroczna strona Pepego powoli zanika i próżno już na  boisku szukać jego chamskich i nieprzemyślanych zagrań.

We wczorajszym meczu Pepe udowodnił wielką formę. Przy piłce był aż 80 razy, lepszy pod tym względem w ekipie Portugalii był tylko Coentrao. Zaliczył 11 odbiorów, co jest najlepszym wynikiem spośród wszystkich zawodników, którzy przebywali wczoraj na boisku. Takim samym wynikiem pochwalić może się tylko Coentrao, którego również trzeba mocno chwalić za rozegrany turniej. Pepe nie zachwycał tylko w meczu z Hiszpanią. Podobne, a nawet jeszcze lepszy statystyki osiągał w pozostałych meczach. Nie popełniał błędów, nie faulował, wyprowadzał akcje, zdobył bramkę, był jednym z liderów i potrafił udźwignąć ciążącą na nim presję. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że teraz będziemy oglądać już tylko takiego Pepego.