Prawie tydzień minął od rewanżowego spotkania Realu Madryt z Barceloną w Superpucharze Hiszpanii. Każdego dnia na forum publicznym pokazują się nowe fakty związane z olbrzymim zamieszaniem w końcówce spotkania. Co rusz dowiadujemy się czegoś nowego ws. zachowania José Mourinho czy prowokacji zawodników Dumy Katalonii. Rozczaruje jednak wszystkich, bowiem nie mam zamiaru skupiać się właśnie na tym, co zrobił Portugalczyk, jakie były, i będą, tego skutki. Skupiając się jednak tylko i wyłącznie na samym futbolu, odrzucając na bok wkładanie palca do oka, Mourinho i tak oszalał.
Po pierwszym meczu zremisowanym 2:2 pewnym było, że The Special One musi wymyślić coś specjalnego właśnie, aby w rewanżu cieszyć się na Camp Nou, przed dziewięćdziesięcioma tysiącami Culés, ze zdobytego tytułu. Plan miał dobry, ale nie idealny. Barca została zdominowana, Królewscy grali o niebo lepiej, na pewno nie zasłużyli na porażkę w ostatnich minutach. Nie ma co rozwodzić się nad przebiegiem spotkania, ale nad myślą przedmeczową portugalskiego trenera już jak najbardziej.
Przechodząc do meritum, czyli do... Fábio Coentrão, ciągle zastanawiam się, czym kierował się Mou, ustawiając swojego rodaka na lewej stronie obrony. Okej, wszystko w porządku, Coentrão przybył do Madrytu za 30 milionów, w Benfice grał na lewej obronie, czarował piłkarską Europę, ale w żadnym z przedsezonowych starć nie wystąpił na swojej optymalnej pozycji... Debiut na lewej obronie zadebiutował w pierwszym finale tego sezonu - przeciwko Barcelonie.
Nie mogę nazwać tego inaczej, jak tylko szaleństwem. Wszyscy zachwycali się progresem Marcelo, który w minionym sezonie był jednym z najlepszych piłkarzy w kadrze Realu Madryt. Coentrão pokazał się ze świetnej strony w pierwszym sparingu z Los Angeles Galaxy. Zagrał w pomocy, powierzono mu rolę partnera Xabiego Alonso, zanotował piękną asystę i został wybrany piłkarzem meczu.. Z każdym kolejnym meczem było jednak troszkę słabiej, o niektórych występach chciało się jak najszybciej zapomnieć.
Przyszedł czas na Barcę. Coentrao usiadł na ławce, Los Blancos zremisowali 2:2, zagrali dobrze, ale... Spora część kibiców miała pewne zastrzeżenia. Do przewidzenia był fakt, że Mourinho deleguje do gry obok Alonso Samiego Khedirę. Niemiec zagrał niestety słabo, a mimo wszystko i tak wybiegł w pierwszym składzie na rewanż. Przed spotkaniem na Camp Nou było prawie pewne, że Coentrão wyjdzie od pierwszej minuty. Jedyną normalną decyzją, jaką mógł podjąć José, było ustawienie go właśnie w środku pomocy, czyli tam, gdzie występował do tej pory najczęściej. Na ławce rezerwowych wylądował jednak nie Khedira, a Marcelo. Sami plac gry opuścił w drugiej połowie, notując kolejne bezbarwne zawody. Fabio zaś w pierwszej połowy był tragiczny - nie boję się użyć tego słowa.
Mourinho zrozumiał chyba swój błąd, przesuwając go w drugiej połowie do pomocy. Korzyść z tego odnieśli wszyscy. Khedira nie musiał dalej narażać się na obelgi ze strony kibiców w związku z jego słabą grą, Coentrão zaczął przypominać siebie z LA Galaxy, a Marcelo po prostu pojawił się na boisku - już samo to było dobrym prognostykiem, mając w pamięci świetną formę Brazylijczyka. Szkoda tylko, że opuścił je przedwcześnie.
Zapewne nigdy nie dowiemy się czym kierował się Mourinho ustawiając Coentrão na lewej obronie. Nie dowiemy się, dlaczego Portugalczyk zagrał w tym meczu kosztem Marcelo. Wiemy już jednak prawie na pewno, że uniwersalność Fábio, która miała rzekomo największy wpływ na jego transfer do Madrytu, przejawiać się będzie właśnie nie za częstym pojawianiem się na boisku w środku pomocy. Kontuzję wyleczył już Nuri Şahin, i mimo tego, że kosztował nieporównywalnie mniej od Coentrão, to on ma większe szanse na grę w linii pomocy. Szkoda, że Fábio pierwszy mecz na swojej nominalnej pozycji musiał rozegrać akurat przeciwko Barcelonie...
