
Wróciła! Nasza ukochana drużyna
wróciła! Mourinho miał rację, mówiąc po meczu z Sevillą, że
jej nie miał. W spotkaniu z Manchesterem City jeden walczył za
wszystkich, a wszyscy za jednego. Tego w tej ekipie trzeba było,
takiego meczu, takiej remontady, takiej reakcji kibiców, takiego
wieczoru!
Zapewne nie tylko ja rozdziawiłem
usta, gdy zobaczyłem, jaki skład desygnował Mourinho. Gdyby
Portugalczyk wiedział, że równie mocno zadziwi Roberto Mancini,
zapewne posłałby do boju przynajmniej jednego kreatywnego
środkowego pomocnika – najpewniej Modricia. Stało się, jak się
stało. Stłamsiliśmy Manchester od pierwszej minuty, ale
cierpieliśmy z powodu braku piłkarza, który potrafiłby rozruszać
formacje „The Citizens” i wepchnąć jedną czy dwie prostopadłe
piłki. Zwycięzców się jednak nie sądzi, a nie można powiedzieć,
że Real grał w ustawieniu z trójka „pivotów” defensywnie.
Wprost przeciwnie, zagrał tak bardzo ofensywnie, że aż byłem
zdziwiony.
Mourinho jest chyba największym
zwycięzcą wtorkowego starcia. Nie dość, że jego drużyna
pokazała galaktyczny futbol, to jeszcze wygrała po „remontadzie”,
którą madridismo tak bardzo kocha. Kocha również ekstrawagancki i
nonszalancki styl bycia portugalskiego trenera, dlatego widok
niszczonego garnituru od Hugo Bossa czy innego Armaniego bez
wątpienia przypadł wszystkim do gustu. Nie obyło się rzecz jasna
od „przyjaciół” dziennikarzy, którzy zachowanie „The Special
One” określili jako dziecinne. Bo przecież kimże jest Mourinho,
żeby cieszyć się z bramki na 3:2 zdobytej w 90. minucie w meczu z
mistrzem Anglii?
Varane. Nie mogę odmówić sobie
akapitu o tym chłopaku. Denerwowałem się, kiedy to Raul Albiol
zajmował miejsce Pepego, gdy ten doznał kontuzji. Ale dobra,
Hiszpan też potrzebuje gry. Varane ciągle jest młody,
niedoświadczony. Przeciwko Manchesterowi pokazał jednak całkowicie
coś innego. Tak pewnego występu nikt się nie spodziewał – on
sam w ogóle nie spodziewał się, że zagra, a zapewne myślał, że
może nie załapać się nawet do meczowej osiemnastki. A tu taka
historia. Francuz zagrał perfekcyjny mecz, tylko tak można go
określić. Carlos Tevez nie wiedział jak się nazywa. City nie
przeprowadzało rzecz jasna zbyt wielu ofensywnych akcji, ale jeśli
już takie się zdarzały, to w 99% Varane wychodził z nich obronną
ręką. Mourinho wiedział co robi.
O takim meczu można pisać i pisać,
rozmyślać i rozmyślać. Najważniejsze jest jednak to, że na
boisko nie wyszło jedenastu piłkarzy, ale zwarta grupa, gotowa
oddać za siebie życie. Hiszpańskie dzienniki oczywiście doszukają
się drugiego dna i wstawiają między innymi filmik, na którym
pokazana jest reakcja, a raczej jej brak, Ikera Casillasa na bramkę
Ronaldo. Iker jakby zamarł, nie wykonał żadnego ruchu. Wkrótce
możemy więc spodziewać się teorii spiskowych kolegów z „Mundo
Deportivo” czy „Sportu”, iż kapitan jest obrażony na całą
drużynę i wkurzony, że Real musiał tak się męczyć w takim
meczu. Cóż, takie męczarnie to ja mogę oglądać codziennie, a
dziennikarze niech sobie piszą – ważne, że po takim meczu
„Królewscy” po prostu muszą wrócić na właściwe tory.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz