O wczorajszym pojedynku Valencii z Realem Madryt jeszcze przez bardzo długi czas będzie głośno. „Królewscy” wygrali zasłużenie bardzo trudny mecz, który wiele razy się komplikował. Walencka i katalońska prasa nie ma jednak wątpliwości – na Mestalla doszło do olbrzymiego skandalu.
Głoszenie opinii, że sędziowie wypaczyli wynik tego meczu jest już samo w sobie hipokryzją. Domaganie się czerwonej kartki dla Mesuta Ozila przy kompletnym braku zainteresowania bezczelnym zachowaniem Tino Costy, który po gwizdku z najbliższej odległości kopie piłką w leżącego Lassa, jest hipokryzją. W Walencji i Barcelonie skupili się tylko na tym, aby Real Madryt, po serii fantastycznych meczów, znowu stał się tym złym i grubiańskim. „Los Blancos” nie mogą na nowo być klubem, który jest na Półwyspie Iberyjskim szanowany.
Jose Mourinho znowu jest arogancki i chamski, bo przecież Portugalczykowi nie można cieszyć się z bramki strzelonej przez jego zespół. Sergio Ramos nie jest już najlepszym stoperem tego sezonu w lidze hiszpańskiej, ale gburem, który po strzelonym golu nadstawia ucho do kibiców „Nietoperzy”. Gonzalo Higuain jest na Mestalla wrogiem numer jeden, bo klatką wybija piłkę zmierzającą do siatki Casillasa. A najlepsze jest to, że Cristiano Ronaldo jest Messim.
Dlaczego Mourinho nie mógł dać upustu swoich emocji i epatować swojej radość w taki, a nie inny sposób? Czy istnieje przepis, który zabrania trenerowi wstawiania z ławki rezerwowych i gestykulowania w kierunku swoich zawodników? Oczywiście, że nie istnieje. Valencia nie mogąc pogodzić się z przegraną ucieka się do przeróżnych środków, aby przełknąć gorycz porażki. Sergio Ramosowi zarzuca się, że nie wytrzymał i po bramce prowokował kibiców „Los Ches”. Ale czy nadstawienie ucha jest na boiskach piłkarskich jakimś novum? Otóż nie, co chwila ogląda się takie celebracje. Problemem jest niestety to, że Ramos reprezentuje Real Madryt, a Real Madryt jest od dobrych kilku lat klubem, którym trzeba gardzić.
Na nosie zagrał wszystkim również Cristiano Ronaldo. Portugalczyk gdzie tylko się nie pojawi musi radzić sobie z okrzykami „zdechnij”, „skurw**yn” i, co najśmieszniejsze: „Messi, Messi”. CR7 odpowiedział wczoraj na to w możliwie najlepszym stylu - zdobył bramkę, która dała jego klubowi arcyważne trzy punkty na Mestalla. I niech kibice gwiżdżą, wyzywają, klną, on sobie z tego nic nie robi i dalej strzela.
Trzeba przyznać, że dziwnym jest, iż obydwa kluby zakończyły wczorajszy mecz w jedenastu. Teixeira Vitienes mógł pokazać czerwone kartki, ale nie godzę się z opiniami że na „czerwo” zasłużyli tylko i wyłącznie gracze Realu Madryt. Skoro wspomniany Tino Costa nie otrzymał kartki za kopnięcie Lassa, dlaczego chwilę później kartkę miałby dostać Ozil, który zaatakował piłkę i w żadnym stopniu nie grał agresywnie i nie miał intencji, aby zrobić rywalowi krzywdę.
To zrozumiałe, że po przegranym meczu pozostaje rozgoryczenie. To zrozumiałe, że kiedy w ostatniej akcji meczu Higuin wybija piłkę, leżąc na murawie, klatkę piersiową, to piłkarze rywala obskoczą sędziego domagając się rzutu karnego. Jednak niezrozumiałe jest dla mnie to, że już po meczu, następnego dnia, dalej oczernia się za tę decyzję sędziego. Bo przecież powtórki telewizyjne wyraźnie pokazują, że „Pipita” wybił piłkę przepisowo.
Mecz na Mestalla musiał się podobać, może poza pierwszymi dwudziestoma minutami drugiej połowy. Końcówka tego pojedynku była nieprzewidywalna, szybka i niezwykle emocjonująca. Wygrał po prostu zespół lepszy, który piłkarsko przewyższa obecnie swojego rywala. Mam tylko nadzieję, że niedługo wrócą czasy, kiedy to po meczu na styku z udziałem Realu Madryt w prasie nie będą pojawiać się artykuły oczerniające klub z Concha Espina.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz